Kuropatwa

Na początku lat siedemdziesiątych mieszkaliśmy z mężem na trzynastym piętrze w bloku Za Żelazną  Bramą w Warszawie. Oboje jeździliśmy do pracy poza Warszawę i stamtąd trafiały niejednokrotnie do naszej „dziupli” pod chmurami różne dziwności. Pracowałam w jednej z podwarszawskich gmin jako zootechnik gminny. Niemal codziennie przemierzałam kilometry wiejskich dróg i bezdroży, od gospodarstwa do gospodarstwa. Miało się już ku zachodowi, gdy wizytowałam właśnie ostatnie, przewidziane na ten dzień. Rozmawiając z rolnikiem wodziłam oczami po łące, na której skraju staliśmy. W pewnej chwili uwagę moją przykuło dziwne trzepotanie w trawie, niespełna dziesięć metrów od nas. „A cóż tam się dzieje?” Krzyknęłam mimowolnie, wskazując wzrokiem zagadkowe miejsce. Zaintrygowana ruszyłam powoli w owym kierunku. „Musi to jaki ptak. Daj se pani spokój i tak zara ucieknie.” Mój towarzysz odparł obojętnie, mrużąc oczy i próbując rozeznać się w sytuacji. Gdy się zbliżyłam, spostrzegłam ze zdumieniem, że sprawcą zamieszania była kuropatwa. Ptak zachowywał się bardzo dziwnie. Trzepotał bezładnie skrzydłami i upadał na łebek, nie mogąc w żaden sposób utrzymać równowagi. „O jej! Toż to przecież kuropatwa. Jest chyba chora. Trzeba ją koniecznie złapać.” Powiedziałam bardziej do siebie, niż w kierunku wlokącego się za mną ze znudzeniem chłopa. Jednakże w chwili gdy próbowałam złapać trzepocące się stworzenie, facet ożywił się wyraźnie. „Rencami nie. Zaczekaj pani, polece po widły!” Krzyknął do mnie podniecony. „Ależ człowieku! Jej potrzebna jest pomoc.” Wyraźnie nie pojmował o co mi chodzi. „Najlepsza pomoc to łeb ukręcić. Jak pani zootechnik nie lubi to ja to raz dwa zrobie i bedzie po krzyku.” Zaofiarował się chętnie, wyraźnie chcąc wyświadczyć mi przysługę. „Co też pan mówi, wezmę ją do domu.” Zniecierpliwiona, próbowałam pochwycić roztrzepotanego ptaka. Nie mógł latać, usiłował jednak uciekać, podpierając się dziobem i machając rozpaczliwie skrzydłami. Mimo choroby instynkt ostrzegał go przed niebezpieczeństwem. Mój towarzysz nadal nie dawał za wygraną. „To ja tyż nic nie mówie. Mięso chyba dobre bedzie, tylko mało. Żeby takich wiency, to by my zapolowali. Wtedy to i warto by było.” Rozmarzył się filozoficznie, śledząc z niewyraźną miną moje wysiłki. Złapałam w końcu nieszczęsną kuropatwę i schowałam pod kurtkę. Zaraz też, pożegnawszy się, odeszłam. Chłopisko długo patrzyło za mną, kiwając głową. Nijak nie mógł zrozumieć, dlaczego pojechałam do Warszawy z żywym ptakiem za pazuchą, nie chcąc skorzystać z jego pomocy. Co tu się dziwić. Niejednej kurze przecież łeb ukręcił na niedzielny obiad. Nie dziwota więc, że i w tym przypadku nie miał wątpliwości co należało zrobić. Dla niego różnica między kurą a kuropatwą była niemal niedostrzegalna. Tyle, że w tym przypadku, wychowanie ptaka nic go nie kosztowało. Tak więc kuropatwa z podwarszawskich łąk wylądowała w centrum stolicy, na trzynastym piętrze „mrowiskowca”.                      W domu obejrzeliśmy nieszczęsnego ptaka dokładnie. Biedactwo bliżej było zaświatów, niźli życia na tym łez padole. Musieliśmy dołożyć ogromnych starań, aby zawrócić ją z tej drogi. Nasza kuropatwa cierpiała na dyfteryt ptasi.Była już w stanie tak ogromnego wyczerpania, że trudno było uwierzyć w możliwość jej wyleczenia. Uwierzyliśmy jednak, a jak mówi przysłowie: wiara czyni cuda. Mikroby rozpanoszyły się w biednym ciałku i rzec b y można, objęły w posiadanie całą tę opierzoną kupkę nieszczęścia. Ptaszysko nie mogło ustać na nogach. Miała całkiem zapuchnięte oczy i nic nie widziała. Leżała z rozchylonym dziobem z trudem łapiąc powietrze. Pędzlowaliśmy więc wytrwale nos i gardło środkami bakteriobójczymi i przemywaliśmy oczy rumiankiem. Najwięcej kłopotu było jednak z karmieniem. Zgromadziliśmy w domu ziarna zbóż i inne nasiona. Trzeba było je maczać w piasku i pojedyńczo wkładać biedakowi do dzioba, dobrze popychając, aby zdołał je połknąć. Poiliśmy go po kropli z łyżeczki od herbaty.   Niepostrzeżenie przyszła zima. Przykryła śnieżną bielą place i parki. Dnie stały się krótkie a noce długie i mroźne. Na polach i miedzach kuropatwy koczowały gromadnie, przeszukując zarośla i remizy w pogoni za czymś do jedzenia. Coraz częściej zaczynały się skupiać bliżej ludzkich siedzib. Tu zawsze łatwiej było znaleźć coś do jedzenia. Nasz pacjent powoli wracał do życia. Oczy ze szparek, stały się owalne. Nozdrza uwolniły się już od ropnej materii, która spływając zaklejała cały dziób. Zmywaliśmy ją kilka razy dziennie naparem z rumianku. Podawane antybiotyki poskromiły chorobę, ale nasz pupil ciągle jeszcze był bardzo słaby. Karmiliśmy go więc cierpliwie, dużo poświęcając na to czasu. Coraz częściej sam próbował wydziobywać ziarno z naszej ręki. Tak dzień po dniu, aż pewnego ranka obudził nas przenikliwy, krótki okrzyk. Nasza kuropatwa oficjalnie, wielkim głosem obwieściła światu swój powrót do życia. Od tej pory ziarno, żwirek i wodę podawaliśmy ptakowi do klatki. Powoli przywykł do ustalonych pór karmienia i nerwowo przytupywał łapkami, gdy tylko zdarzało się nam spóźniać. Widział już całkiem dobrze i co rano witał dzień przenikliwym krzykiem. Kogucik był teraz w niezłej formie, jedynie wokół oczu pozostały wyłysiałe miejsca, świadczące o przebytej chorobie. Zima minęła i przyszła wiosna, pora kuropatwianych ożenków. Ptaki łączą się w pary, zwykle na całe życie, by wspólnie dźwigać ciężary rodzinnych obowiązków. Siedzący w klatce kurak stawał się coraz bardziej niespokojny i ruchliwy. Zaglądające do poko0ju wiosenne słońce wprawiało go w wyraźne podniecenie. Wystawialiśmy więc klatkę na balkon i nasz pupilek mógł teraz podziwiać Warszawę z wysokości trzynastego piętra. Był niezwykle zainteresowany wszystkim co działo się wokół. Przekrzywiał ciekawie łebek i strzelał swym pomarańczowym, szklistym oczkiem we wszystkie strony. Jego ogromnym zainteresowaniem cieszyły się warszawskie gołębie i inne ptaki, przylatujące na czubki drzew pod naszym balkonem. Pokrzykiwał teraz coraz żwawiej, drepcąc nerwowo po klatce i przykucając co chwilę, jakby szykował się do lotu. Spoglądał na nas niemal z wyrzutem. „Tak pięknie na dworze, słońce świeci a wy mnie tu trzymacie.” Tak zdawał się mówić, kiwając łebkiem w górę i w dół. W korony drzew pod naszymi oknami wraz z innymi ptakami zlatywały też chmary szpaków. Pewnego, pogodnego dnia, gdy nasz ptasi lokator zażywał spaceru na świeżym powietrzu, usłyszeliśmy zza okna znany nam okrzyk. Spojrzeliśmy z uśmiechem na klatkę. Kurak stał wyprostowany, przyjąwszy klasyczną dla kuropatwy, pozę „butelki”. Po chwili odezwał się krótkim, zaczepnym krzykiem, jakby próbował nawiązać kontakt ze swymi braćmi. Ku naszemu zdumieniu z koron drzew doleciał nas natychmiast podobny okrzyk. Skąd na warszawskich drzewach kuropatwa? Nasz kogucik był nie mniej zdziwiony. Stał nieruchomo, przechyliwszy łebek i nasłuchiwał uważnie. Po chwili znowu ten sam głos odezwał się od strony drzew. Szpaki podfruwały na gałęziach. Roześmialiśmy się serdecznie. Te warszawskie łobuzy przedrzeźniały naszego rekonwalescenta. Nie mógł wiedzieć, że nie spotka w tym wielkim mieście żadnego ze swych pobratymców. Długo jeszcze nasłuchiwał i dreptał nerwowo po swoim więzieniu.     Nasz polny kurak doszedł w końcu do zdrowia. Utył porządnie a ślady wokół oczu zaczęły znikać. Wypuszczony z klatki, energicznie prostował skrzydła, przeciągał się i fruwał trzepotliwie z mebla na mebel. Znał już wszystkie kąty, niezmiennie okno było jednak miejscem jego największego zainteresowania. Wysiadywał na parapecie obserwując pilnie wszystko, co działo się za szybą. Nie rozumiał tylko, dlaczego nie może wyjść na zewnątrz i polecieć w słońce. Stukał w szybę swym krótkim dziobem, przekrzywiał łepinę i wędrował uparcie, powtarzając tę czynność w kolejnych miejscach. Fruwał już po mieszkaniu zupełnie sprawnie, a że był w bardzo dobrej kondycji, uznaliśmy że nadeszła pora, aby zwrócić mu zabraną chwilowo wolność. Zawieźliśmy więc naszego skrzydlatego towarzysza w okolice Warszawy i postawiliśmy na łące. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że jest to teren zamieszkały przez kuropatwy. Kogucik wyprostował się, spoglądając ciekawie sponad traw. Przedreptał kilka kroków i rozejrzał się wokół. Odwrócił łebek w naszą stronę i krzyknąwszy nam na pożegnanie, poderwał się, głośno trzepocąc skrzydłami. Patrzyliśmy jak odlatywał w słońcu ku zieleniejącej nieopodal kępie drzew. „Żegnaj! Leć do swoich i niech ci się szczęści.” Zamachaliśmy mu na pożegnanie. Z radością opuścił naszą betonową klatkę na trzynastym piętrze. My mieliśmy jeszcze tam zostać, choć wiedzieliśmy, że dni naszego życia w mrowiskowcu są już policzone. Najbliższe wakacje postanowiliśmy spędzić na wędrówce po Polsce. Jest tyle pięknych miejsc. Wierzyliśmy, że i dla nas znajdzie się siedlisko będące bliżej natury. Tak się właśnie stało i już wkrótce przenieśliśmy się w lubuskie lasy. Ale to już inna opowieść.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowiadania i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s