Dom w lesie

Decyzja o opuszczeniu Warszawy została podjęta i wyjechaliśmy w lubuskie lasy. Już wcześniej załatwiliśmy sobie miejsca pracy. Ja miałam pracować jako zootechnik w pegeerze, zgodnie z wykształceniem. Mój mąż Marek znalazł zatrudnienie w charakterze adiunkta w nadleśnictwie. Po wielu perturbacjach załatwiliśmy także i lokum odpowiadające naszym marzeniom. A było to tak. W poszukiwaniu pracy w terenie, jeździliśmy po różnych pegeerach i nadleśnictwach. Wszędzie proponowano nam mieszkanie w blokach. „Mój Boże, czyżbyśmy mieli zamienić bloki w mieście na wiejskie.”- myślałam z rozpaczą. W końcu trafiliśmy do nadleśnictwa, w którym była praca dla leśnika z wyższym wykształceniem. Praca była, teraz zaczęły się pertraktacje dotyczące mieszkania. „No, mieszkanie to gorsza sprawa. Wszystkie osady leśne pełne a bloków nie mamy.”- zmartwił się nadleśniczy. „Ależ nie!”- zaprotestowaliśmy energicznie. „Nie chodzi o bloki. Nie daj Boże! Może leśniczówka, jakiś domek samotny. Z dala od ludzi.”- jęknęłam. „No…., są leśniczówki z wygodami, ale zajęte. Wolnego nie ma nic. No, poza taką ruderą na Sródlesiu.” Błysk nadziei. „Jaka rudera? Gdzie? W lesie? Jeśli daleko od osiedli, to świetnie. Można by zobaczyć?” Moje pytania wywołały zdziwienie na twarzy nadleśniczego. Patrzył na nas podejrzliwie. „Ależ to nie dla was. Bez wygód. Stara, rozpadająca się rudera. No mogę wam pokazać. Sami przyznacie, że to nie nadaje się do mieszkania. Zresztą zaraz tam pojedziemy. Samochód stoi. Chodźcie, jedziemy. Zaraz sami zobaczycie.” Złapał kluczyki od samochodu i lekko popchnął nas do wyjścia. „Idziemy.” Łazik zawarczał i ruszyliśmy. Jechaliśmy w milczeniu myśląc o tej ruderze. O tym ile trzeba tam zrobić, żeby można zamieszkać? „A w pegeerowskich blokach nic nie mieli? Pani przecież zootechnik. Nie?”- wyrwał nas z zamyślenia nasz przewodnik. „Tak, ale my nie chcemy mieszkać w bloku. Nie po to wyjechaliśmy z Warszawy.” Widziałam, że nie rozumie. Dla tych ludzi mieszkanie w dużym mieście, w bloku z wygodami, to życiowe osiągnięcie. Marzenie. „Z Warszawy na takie zadupie? Źle wam tam było?” Gryzło go to wyraźnie. „Nie. Nie było nam źle. Tam się wychowaliśmy. Tam żeśmy się kształcili. To duże miasto i o samodzielne mieszkanie dla młodego małżeństwa nie jest łatwo. A wynajęcie bardzo kosztowne. Tu jest pięknie. Stare lasy, jeziora, powietrze. No i z naszym wykształceniem to najlepsze rozwiązanie. Sam pan przyzna.” Milczał, ale nie wyglądał na przekonanego. Zjechaliśmy z szosy na bitą drogę leśną. Wokół wysoki las. Korony drzew niemal zamykały się nad drogą. Po chwili z jednej strony otworzyła się wolna przestrzeń. Śródleśne pole o powierzchni ok. pięćdziesięciu hektarów. Za polem skręciliśmy w lewo. Znowu las. Z jednej strony młodnik z drugiej wysokie drzewa. Za młodnikiem lasek brzozowy i wyskoczyliśmy na zalaną słońcem, leśną polankę. Zatrzymaliśmy się w wysokich trawach. Przed nami, ponad trawami czerwienił się dwuspadowy dach, kryty dachówką z dwoma ceglanymi kominami. Domek Baby Jagi. Jakieś czarodziejskie miejsce. Wysiadaliśmy powoli, bojąc się spłoszyć tę chwilę. ”Rudera” zrobiła na nas piorunujące wrażenie. „Nie wiem nawet, jak to tam wygląda. A tu mam klucz.”- nadleśniczy podał nam wielki klucz z ogromnym uchem. Było coś z bajki w tym kluczu, w zalanej słońcem polance i w tym domu z czerwonym dachem. Poczułam się jak powiernik wielkiej tajemnicy. Jakbym miała krzyknąć zaraz: Sezamie otwórz się! Przedzieraliśmy się przez zarośla i trawy, chcąc jak najszybciej użyć zaczarowanego klucza. Dopadliśmy w końcu drewnianych schodków rozpadającego się ganku z desek, dobudowanego do domu z czerwonej cegły. I nareszcie klucz znalazł się w śmiesznym zamku. Mimo, że od dawna nikogo tu nie było, obrócił się lekko i drzwi otworzyły się skrzypiąc. Wiedzieliśmy, że ten dom czekał na nas. W środku gruz, kurz i pajęczyny. Za to w długim korytarzu posadzka ułożona z marmurowych, szlifowanych płytek. W obszernej kuchni podłoga z cegły klinkierowej. W rogu wielki piec kuchenny a za kuchnią duża spiżarnia z oknem. Do tego spora piwniczka z półkami. Doprowadzony prąd i telefon. W sumie na dole trzy pokoje, kuchnia ze spiżarką i korytarz. Na górę nie mogliśmy się dostać. Nie było klucza. Był tam duży strych, wędzarnia i pokoik.  Cudowny, słoneczny.  Jak już mieszkaliśmy w tej leśniczówce, wszyscy nasi goście zawsze chcieli tam mieszkać. Wyszliśmy z domu na słońce. Przed domem, w trawach dostrzegliśmy starą, wysoką pompę żeliwną z długą dźwignią, zakończoną wielką kulą. Stała w ogródku, którego obecności mogliśmy się jedynie domyślać. Wszędzie bowiem rosły wysokie trawy. Dom, wokół zarośnięty chwastami, murowany na wysokiej podmurówce z wielkich kamieni, postanowiony był na stoku, który opadał ku obrośniętemu drzewami, wąwozowi z wodą. Od strony wąwozu budynek był wysoki, dużo wyższy niż po stronie przeciwnej. Na dole była obórka i kurnik a nad nimi mieszkanie. Kiedy weszło się po stoku na górę, dom stawał się niski. Tu było wejście do mieszkania. Ta stara leśniczówka z połowy XIX w. od razu podbiła nasze serca. Wiedzieliśmy, że czekało nas dużo pracy, ale to już był nasz dom. Byliśmy uśmiechnięci, podnieceni i szczęśliwi. Z rozmarzenia wyrwało nas podsumowanie nadleśniczego. „Widzieliście. Tu nikt nie chce mieszkać. To nie te czasy. Ludzie potrzebują wygód. No sami widzicie. Kto by tu chciał mieszkać?” Spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem. „Ależ my właśnie tego szukaliśmy. Potrzebny tylko niewielki remont i w tym nam pan pomoże.”- zakończyłam. Nasz entuzjazm wywołał na twarz naszego interlokutora wyraz absolutnego osłupienia. Patrzył na nas przez chwilę z niedowierzaniem. „Wy poważnie, chcecie tu mieszkać? Przecież pół roku tu nie wytrzymacie. Ludzie z Warszawy. Na wsi nigdy nie żyliście. A w lesie! Nie dacie rady. Mówię wam. Nie dacie rady.”- utyskiwał nasz towarzysz. „Ja mogę wyremontować, przygotować. Ale czy wytrzymacie?”- ciągnął dalej. „Świetnie”- zakończyłam te dywagacje. Byłam w doskonałym humorze. Wracaliśmy podnieceni, widząc już oczyma wyobraźni nasze leśne gniazdko wyremontowane i wychuchane. Nadleśniczy milczał przez całą drogę powrotną. Nie wierzył, że będziemy tu mieszkać. Jak powiedział, nie wytrzymamy tu nawet pół roku. Nie podejrzewał wtedy nawet, że przeżyjemy w tej leśniczówce dziesięć wspaniałych lat naszego życia.

lesn.widok

Widok na leśniczówkę i stodółkę z parowu. Widać posadzony, młody las, teraz już wysoki.

 lesn.tyl    wejsciedolesn

Z lewej: widok domu od wyższej strony. Na dole widoczne drzwi do obórki.
Z prawej: wejście do domu, od strony niższej.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Dom w lesie

  1. Pani Peonia pisze:

    Trochę zazdroszczę…

  2. even21 pisze:

    Ja też kocham te lasy! Z północy województwa, wylądowałam na południu, nie ma jezior, ale do lasu wszędzie blisko 🙂
    Pozdrawiam i idę czytać dalej:)

  3. 22megazine pisze:

    Decyzja niby prosta ale niesamowicie ekstremalna. Podziwiam 🙂

  4. Jasiek Pizoń pisze:

    Pięknie napisana historia. Mieszkacie tam nadal?

    • maszynagocha pisze:

      Niestety ten dom już nie istnieje. Lasy zdecydowały aby go rozebrać, mimo że był zabytkowy. Chcieliśmy go kupić, ale od lasów nic nie można kupić, wolą rozwalić. Mieszkamy teraz 500m od tamtego miejsca, też w lesie.

  5. Navia pisze:

    Wspaniały dom, cudownie jest tak mieszkać z dala od cywilizacji 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s