Nasi sąsiedzi

 Z czasem nasze zmysły wyostrzyły się. Nauczyliśmy się dostrzegać rzeczy, na które wcześniej nie zwracaliśmy uwagi. Ba! O których nie mieliśmy pojęcia. W naszym leśnym domu coraz częściej zjawiali się różni przedstawiciele świata zwierząt. Nasza rodzinka wciąż się powiększała. Psy, koty, króliki, jeże, ptaki, po prostu wszystko, co żyło na tym terenie i potrzebowało pomocy lub choćby domu. Leśniczówka ”wyrastała” niejako na zboczu wąwozu z wodą w dole. Otoczona ze wszystkich stron lasem, stała sobie samotnie, dzieląc miejsce z przydomowym ogrodem, drewutnią i drewnianą stodółką. Był jeszcze jeden, mały, drewniany domek, niezwykle potrzebny. Klasyczna „sławojka”, miejsce gdzie, jak się mówi, król piechotą chodzi. No i żeliwna pompa przed domem. Przy bocznej ścianie domu, na stoku rósł sędziwy orzech włoski. Jego gałęzie zaglądały w okno pokoiku na strychu. Co roku drzewo wiernie rodziło ogromne orzechy włoskie z kruchą skorupką i pełnym wnętrzem. Dziadek do orzechów nie był potrzebny. Pękały one w palcach, racząc smacznym miąższem. Wokół domu wrzało, można by powiedzieć, leśne życie. Lubiłam przyglądać się krzątaninie grubaśnych trzmieli, które po społu z motylami, pracowicie wybierały nektar, ukryty w głębi kolejnych kwiatów. Głośno brzęczały basem, ciężko siadając na płatkach. Gramoliły się potem powoli do wnętrza, by za chwilę mozolnie wycofać się ze środka i odfrunąć brzęcząc na inny kwiat. Wszędzie pełno było ptaków. Ze wszystkich stron niosły się śpiewy, krzyki i pogwizdywania. Wiosenne noce, pachnące leśną ściółką i kwiatami, rozbrzmiewały trelami słowików, których mnogość nie dawała spać. Czasem zakrzyczał puszczyk, ale cichł zawstydzony. Dziki przychodzące nocą do wody na dnie wąwozu, taplały się w błocku, po czym wychodziły po stoku na górę i czochrały się zawzięcie o kamienny róg naszego domu.  W słońcu dnia, czarny kos  uganiał się po ogrodzie za kołującymi nad trawą żuczkami. Zbierał je tak pracowicie, że po chwili z obu stron żółtego dzioba sterczały, jak szczotka, rzędy owadów. Wtedy odlatywał na chwilę. Zaraz jednak wracał i robotę zaczynał od nowa. Widać nosił dla kogoś ten posiłek, tak pracowicie zdobywany. Był zwykle tak zajęty pracą, że przyglądającego się człowieka zauważał w ostatniej chwili, jeżeli ten pozostawał w bezruchu. Przechyliwszy zabawnie łebek, obrzucał go tylko szybkim spojrzeniem czarnego, jak paciorek oczka i zaraz biegł dalej. Jeśli trafiał w ogródku na czerwoną truskawkę, zauważał ją natychmiast i od razu korzystał z okazji, aby ją oskubać. Trudno było odgonić takiego amatora ogrodowych specjałów. Odskakiwał bowiem tylko kawałek i zaraz wracał do swego przysmaku. Wiele trzeba było uporu, aby wygonić go z grządki. Letnimi wieczorami przychodziła pod drzwi wejściowe ogromna ropucha. Przed domem paliło się światło, które przyciągało mnóstwo owadów, głównie muszek i ciem. Nasza ropuszka zapewne skorzystała z okazji, żeby coś upolować. I tak się zaczęło. Skakała na drzwi a my, słysząc pukanie, otwieraliśmy. Początkowo nie wiedzieliśmy o co chodzi. W końcu zorientowaliśmy się, kto robi taki raban. Wzięłam ją delikatnie na rękę i zaniosłam do kuchni. Tam, na ciepłych kaflach wokół pieca, siadały wieczorem muchy. Zbliżyłam rękę z ropuchą do ściany z kafli a ta swym długim, lepkim językiem zbierała je po kolei i połykała smakowicie. Kiedy się najadła, odwróciła się tyłem do ściany, a ja wyniosłam ją przed dom w zarośla. Z czasem stało się to rytuałem. Co wieczór, o tej samej porze, zjawiała się znajoma ropucha i pukała do drzwi w oczekiwaniu na muszą wyżerkę. Tak przyzwyczaiła się do tych wizyt, że nie broniła się i nie wypuszczała swego obronnego płynu. Była całkiem spokojna i sama gramoliła się na podstawioną dłoń.  „No zanoś mnie do tej waszej stołówki”- zdawała się mówić, moszcząc się wygodnie na mojej ręce i wędrowałyśmy obie do kuchni. Takich to mieliśmy sąsiadów. Zyskaliśmy ich dzięki decyzji o wyprowadzce z Warszawy. Las to żywy organizm. Tętni życiem i jest pełen wspaniałych wydarzeń, o których 90 % ludzi, jak sądzę, nie ma najmniejszego pojęcia.Postanowienie o zamieszkaniu w samotnej leśniczówce, w środku lasu, spowodowało m.in., że mogłam stać się świadkiem wydarzenia, które udaje się widzieć tylko nielicznym.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s