Malwinka i inni

MALWINKA I INNI

Zbliżała się nasza pierwsza zima w wymarzonej leśniczówce w głębi lubuskich lasów. Niedawno wyprowadziliśmy się z Warszawy, ku ogromnemu zdziwieniu bliskich i znajomych. Wszyscy uważali naszą decyzję za zbyt radykalną i szokującą. My byliśmy jednak szczęśliwi i cieszyliśmy się bliskością natury. Oboje ukończyliśmy studia w SGGW. Ja-zootechnik rozpoczęłam pracę, w położonym 2,5 km za lasem Pegeerze, a mąż-leśnik w nadleśnictwie. Po pracy razem wracaliśmy do naszego domeczku w lesie. Paliliśmy w piecach i przy wtórze trzaskających polan zasiadaliśmy do stołu. Tak zaczęło się nasze życie leśnych ludków.Ranki stawały się coraz zimniejsze i przejmowały resztką nocnych przymrozków. Zwarzone trawy skrzypiały pod nogami a zastygłe w bezruchu, bezlistne drzewa bieliły się od szronu. Motocykl podskakiwał na leśnej drodze, dzwoniąc blaszanymi osłonami. Warkot silnika wdzierał się z mozołem w mroźną ciszę, zapadając głucho w gęstwinę zwartych pni i poplątanych gałęzi. Trzęsłam się na siodełku z trudem przytrzymując wyrywający się spod kurtki, puszysty kłębuszek. Wieźliśmy nowego lokatora do naszego domu. Zza pazuchy wychylał się, co chwila okrągły łebek z małymi uszkami. Kocina omiatała okolicę przerażonym spojrzeniem okrągłych, ciemnych ślepków. Łaciata mordka rzucała w las wyzywającą różowość rozwartego w skrzekliwym wrzasku pyszczka. Dzięki moim usilnym zabiegom wystraszone stworzenie nie zdołało uciec po drodze i dojechaliśmy na miejsce w komplecie. W domu mogliśmy nareszcie obejrzeć naszą nową podopieczną. Kocisko okazało się bowiem panienką. Na wpół dzika, co prawda, ale była to przecież oborowa wychowanka. Jej kontakt z ludźmi ograniczał się do spodeczka z mlekiem w kącie ogromnej pegeerowskiej obory. Bura pręguska z wielkimi, bursztynowymi oczami i w eleganckich, białych skarpetkach, prezentowała się całkiem przyzwoicie. Na szyi i piersiach elegancki, biały krawacik. Od oka, przez połowę pyszczka biała kreska a czubek noska różowy. Oględziny koteczki utwierdziły nas w przekonaniu, że zrobiliśmy dobry wybór. Ogólnie biorąc, kociczka wytworna, zdrowa z błyszczącym, krótkim włosem. Boczki miała, co prawda zapadnięte i bardzo wysokie, cienkie nóżki. Trudno się wszakże dziwić, jako że pochodziła z rodziny wielodzietnej. Wiadomo przecież ile problemów wiąże się z utrzymaniem takiej hałastry. Przyglądając się jej, jednogłośnie orzekliśmy, że wymyślone przez Wańkowiczów imię- Malwinka pasuje do niej, jak ulał. Podczas tych oględzin Malwinka przesuwała się bezszelestnie po pokoju, obwąchując skrupulatnie wszystkie kąty, krok po kroku. Wędrując na przygiętych nóżkach, poznawała swój nowy dom. Co jakiś czas stawała, unosiła się na przednich łapkach i wysoko uniesionym pyszczkiem łowiła z powietrza nieznane zapachy. Potem spoglądała na nas i z wyrazem niezdecydowania na śmiesznym pyszczku, ukazywała białe szpileczki młodzieńczych ząbków. Dawała nam w ten sposób do zrozumienia, że nie uważa nas wcale za odpowiednie towarzystwo.„Pfe! A cóż to za kompania. Nie dam się na to nabrać.” Zdawała się mówić. ”Niech no tylko znajdę okazję, zaraz czmychnę.” „Nie bój się kicia.” Odpowiadaliśmy. „Masz tu mleczko. Jedz na zdrowie.” Przemawiałam czule, stawiając miseczkę z mlekiem. ”Kto tu się boi!” Prychnęła oburzona na dowód, że wcale nie brak jej odwagi i odsłoniła swój zębaty garniturek. Czując, że ją uraziłam, wycofałam się cichutko. Dała się udobruchać i już po chwili chlipała z podstawionego naczynia. Wkrótce okazało się, że oprócz odwagi kociczka pochwalić się mogła bardzo dobrym wychowaniem, mimo ciężkich warunków w domu rodzinnym. Od razu bowiem uznała wstawioną przez nas kuwetę z piaskiem za miejsce intymne i wykorzystywała ją w jak najbardziej właściwy sposób.Tak więc Malwinka zamieszkała razem z nami i mimo, że początkowo nie okazywała nam zbyt wiele zaufania, stała się niebawem prawowitym członkiem naszej rodzinki. Z czasem nauczyła się chodzić za nami krok w krok z ogonem podniesionym do góry, dumna i pewna swego miejsca w tym domu. Rozumieliśmy się doskonale i chętnie gwarzyliśmy wspólnie w spokojne, zimowe wieczory. Zaglądała nam wtedy w oczy, jakby chciała wyczytać wszystko, co kryło się w naszych duszach. „Dobrze nam razem w naszym ciepłym domku. Czyż nie?” Zagadywała, rozchylając różowe pyszczydło. Okazała się wspaniałym towarzyszem. Wyrozumiała i spokojna, zawsze tolerowała nasze późne powroty z pracy i niezmiennie towarzyszyła nam, gdy byliśmy razem. Doskonale łapała myszy, których w domu, zwłaszcza zimą, nigdy nie brakowało. Przychodziła z szarym kłębuszkiem w zębach i rozpoczynała przed nami swój taniec myśliwski. Podrzucała martwą mysz do góry i łapała w powietrzu, wykonując przy tym zabawne salta. Miękkimi, zwinnymi łapkami turlała ją po podłodze, by za moment spaść na nią z całym bogactwem swych pazurów, niezawodnej broni drapieżnika. Prezentowała nam w ten sposób wspaniałą zwinność i pewność ruchów. Po zakończeniu pokazu składała nam swój łup pod nogami. Podnosząc ogon ocierała się o nie miękkim bokiem. „Zobaczcie, jaka jestem łowna. No pochwalcie mnie.” Mruczała przymilnie. I chwaliliśmy ją oczywiście, głaszcząc po jedwabistym futerku. Żyliśmy więc sobie zgodnie z naszą kicią, dzieląc wspólnie domowe troski i radości, jak na porządną rodzinę przystało. Wbrew utartym poglądom na temat kociej natury, Malwinka nigdy nie była natarczywa ani przebiegła. Nie miała również zapędów złodziejskich, w przeciwieństwie zresztą do innych kotów, które przewinęły się później przez nasz dom. Nie buszowała nigdy po stole, na którym pozostawiono jedzenie. I nie do wiary, przez cały okres swej bytności u nas nie „zwędziła” niczego z kuchni. Kiedy zasiadaliśmy do jedzenia, biegła do swojej miseczki aby zjeść razem z nami. Siadała potem spokojnie na kanapie i po starannym myciu owijała się ogonkiem i zapadała w drzemkę. Ani śladu żebractwa, żadnego natręctwa. Po prostu miała kocina swoją godność. Lubiła ponadto gości i szybko nawiązywała przyjazne kontakty z naszymi znajomymi. Pewnego zimowego dnia zawitała do nas znajoma z Łodzi. Kotka, jak zwykle, wybiegła gościnnie na spotkanie. „O! Macie kota. Ale fajna. Jak się nazywa?” Potok słów zalał nas na powitanie. Kicia obróciła się wkoło dla lepszej prezentacji i już znajomość została zawarta. Przyjacielskość Malwinki sprawiała, że była ona zagłaskiwana przez wszystkich naszych gości. Przyjmowała to z godnością, prężąc grzbiet i mrużąc bursztynowe ślepia. Po takiej nawałnicy pieszczot zaszywała się gdzieś w kąciku i długo myła swym szorstkim językiem jedwabiste futerko. Nawet przesadnie nachalne pieszczoty nie wywoływały jej zniecierpliwienia. Po prostu znosiła je cierpliwie i z gracją, jak przystało na dobrze wychowaną damę. Musiała tylko poświęcić potem więcej czasu na osobistą toaletę. Nasza łódzka przyjaciółka zachwycała się wszystkim. W konfrontacji z zadymionym miastem, tutejsze lasy i kryształowe powietrze jawiły się jej rajem na ziemi. Chodziliśmy więc wspólnie na długie wycieczki, prezentując jej okolicę w całej krasie swej zimowej szaty. Któregoś przedpołudnia wybraliśmy się nad odległe o ok. 1,5 km, śródleśne jezioro. Wzięliśmy łyżwy oraz wędki, bo chcieliśmy popróbować szczęścia w połowach spod lodu. Zgromadziliśmy się wszyscy przed domem i właśnie mieliśmy zamykać drzwi, gdy na progu stanęła Malwinka. Spojrzała na nas okrągłymi, złocistymi ślepiami. Rozchyliła mordkę i pokazując różowy języczek zagadnęła: „Jakże to? Wybieracie się beze mnie?” Stanęła przed domem i przestępując z łapki na łapkę, z uniesionym w górę, drgającym ogonkiem oczekiwała niecierpliwie na naszą decyzję. „Niech idzie.”- stwierdziliśmy zgodnie. Drzwi zostały zamknięte i kicia poszła z nami.

Idziemy rozprawiając o tym i owym a kocisko tuż przy nas, raz z przodu, raz z tyłu. Słońce piękne, jak na zamówienie. Śnieg puszysty, skrzypiący. Pobielałe drzewa srebrzą się, migocąc miriadami lodowych gwiazdeczek. Zatrzymujemy się co chwilę, podziwiając te wszystkie cuda. Na śniegu różnorodność śladów – jak zapis na białych kartach księgi natury. A każdy z nich przemawia dziesiątkiem tajemnych informacji. Tu dziki wędrowały nocą ku pryzmie kiszonki, na swą zimową kolację. Nieopodal ślad mocnego odyńca, samotnie zdążającego do wspólnej stołówki. Dalej znów ten sam ślad, tylko świeższy i skierowany w inną stronę. Tędy pewnie powrócił z uczty. Od brzegu lasu ciągną ku polom rzędy znaków pozostawionych przez sarnie raciczki. Na łąkach, spętlone jak kaligraficzne pismo, ślady zajęcy. Na leśnych ścieżkach, na drogach, gdzieniegdzie samotny odcisk lisiej łapy. Jeden, może dwa ale one właśnie świadczą, że zdążał tędy ten ostrożny, przebiegły drapieżca. Wpatrujemy się w te znaki próbując odczytać zawarte w nich treści. Malwinka ostrożnie obwąchuje co ciekawsze tropy. Dla niej mają one o wiele bogatszą, niż dla nas, wymowę. Wędrujemy tak niespieszno, spokojnie ,ciesząc się pogodą i otoczeniem. Są jednak chwile, kiedy nasza kotka zaczyna się denerwować. Biega wtedy tam i sam, pomiaukując i kiwając się niezdecydowanie na swych sprężystych, puchatych łapkach. Po chwili znowu kroczy dumnie, bez najmniejszych oznak niepokoju. Gdy zachowanie takie powtarza się kilkakrotnie, zaczyna nas to intrygować. Oględziny kociczki niczego nie wyjaśniają. Idziemy więc dalej a kicia biegnie obok, jak gdyby nigdy nic. W pewnej chwili znika nam z oczu. Oglądamy się a tam nasza łodzianka ogląda ślady na śniegu. Kotka już biegnie od niej w naszym kierunku. W połowie drogi zawraca. Za moment znów biegnie do nas. Miauczy, kręci się, ogonek drży jej nerwowo. I tak dokonujemy zabawnego odkrycia. Otóż nasza kocina wpada w nastrój podniecenia ilekroć ktoś z naszej grupki oddali się nieco od pozostałych. Sprawdzamy i cała scena powtarza się co do joty. „Czemuż rozbiegacie się ciągle jak stado wróbli?” Zapytuje miaukliwie i biega tam i z powrotem, usiłując znów zebrać wszystkich w zwartą gromadkę. A kiedy w końcu wszyscy są razem, przechodzi do przodu swym elastycznym, płynnym krokiem. Unosi z zadowoleniem ogonową antenkę i prowadzi odważnie swoje stadko. „Ach ty kocino pasterska” Podsumowuję z uśmiechem. Ona odwraca łebek i ledwie dosłyszalnym szeptem odmiałkuje „Taka już jestem. Czemuż więc mnie denerwujecie?”

———  x  ——–

Tak wędrowaliśmy przez las, zaganiani co chwila do kupki przez naszą kotkę, aż nad jezioro. Tam gruba, lodowa tafla stała się nowym powodem utrapień Malwinki. Zimą to śródleśne jezioro było zwykle porządnie zamarznięte. Nie zamarzało jedynie w najgłębszym miejscu na środku. W mroźne, słoneczne dni zażywaliśmy tu rozkoszy sportów zimowych. Założyłam i tym razem łyżwy i ślizgałam się aż do omdlenia stóp. Malwinka usiłowała biegać w koło, bo właściwie rozjeżdżała się co chwila na zmarzniętej tafli. Musiała się nieźle uwijać doglądając swego stadka. Jak mogła się przekonać, szybkie poruszanie się po lodzie jest przedsięwzięciem tyleż trudnym, co niewdzięcznym. Po każdym większym poślizgu stawała niezdecydowana, usiłując coś wymyślić, aby przechytrzyć tę dziwnie śliską powierzchnię. Próbowała  chodzić wolno i z uwagą, ale mimo wszystko łapy niezbyt dobrze trzymały się podłoża. Ruszała więc nagle w szaleńczych podskokach, wysuwając pazury, dla lepszej przyczepności. Ogon zatrudniała przy tym w roli statecznika. Wszystkie te wysiłki kończyły się jednak zwykle niezbyt honorowo. Nasza koteczka lądowała na biało-różowym pyszczku lub w błyskawicznym tempie siadała na zadzie z szeroko rozstawionymi łapami. Jechała wtedy wspaniałym ślizgiem, przyglądając się lodowej tafli z niewymownym zdumieniem. Wstyd przyznać, ale zachowywaliśmy się niezbyt elegancko wobec kłopotów naszej pupilki, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Zasiedliśmy później do zimowych połowów spod lodu. Przykucnęliśmy wokół wykutej w grubym lodzie dziury a kotka przysiadła obok, nieufnie zerkając w ciemną przerębel. Czarna tafelka wody pochłaniała kolorowe mormyszki. „Czy warto było wędrować aż tutaj po to, by siedzieć teraz nad tą podejrzaną dziurą z lodowatą wodą?” Zdawała się mówić patrząc na nas zdumionymi oczami. „Żeby chociaż był z tego jakiś pożytek.” Połowy nie były udane i ze swego punktu widzenia kicia miała sporo racji. Po kilku godzinach wycieczki wracaliśmy zmęczeni do domu. Po powrocie zjedliśmy obiad. Kicia po jedzeniu umyła się dokładnie, po czym zasnęła kamiennym, wcale nie kocim snem.

———  x  ———

Malwinka była stworzeniem nie tylko towarzyskim, ale i ciekawym. Wszystko co działo się w naszym domu budziło jej żywe zainteresowanie. Ciągle poznawaliśmy jakieś nowe pasje naszej kotki. Jedną z nich odkryliśmy zasiadając pewnego popołudnia przed telewizorem. Kicia usadziła się nieopodal na oparciu wersalki. Skulona po kociemu, owinięta szczelnie ogonem zerkała spod przymrużonych powiek. Właśnie rozpoczynał się program na dobranoc. Film animowany dla dzieci. Lubiliśmy te filmy, bo dawały odprężenie i emanowały czystą radością życia. Rozsiedliśmy się zatem wygodnie. Nagle mąż szturchnął mnie delikatnie w ramię, wskazując wzrokiem kotkę. Jej niedawny jeszcze, senny spokój, prysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Całą postawą wyrażała ogromne skupienie. Okrągłe bursztyny szeroko otwartych oczu z uwagą śledziły ekran. Z drobnej główki czujnie sterczały małe, szpiczaste uszka. Malwinka najwyraźniej oglądała telewizję. Poruszające się energicznie, wyraźnie nakreślone postacie jak magnes przyciągały uwagę zwierzęcia. Unosiła się powolutku na swych mięciutkich łapkach, by za chwilę znów przysiąść. Nie odrywała przy tym wzroku od telewizora. Powoli, ostrożnie, śledząc cały czas akcję filmu, przesunęła się miękkim ruchem bliżej odbiornika. Przez cały ten czas była niezwykle skoncentrowana, gotowa do natychmiastowej reakcji. W taki sposób obejrzała do końca cały film. Dalszy program nie budził już jej zainteresowania. Wróciła więc na oparcie wersalki, ziewnęła potężnie i wzięła się do swej kociej toalety. Kilkakrotnie zawisła jeszcze wzrokiem na ekranie. Stwierdziwszy jednak, że nie dzieje się tam nic ciekawego dla niej, usadowiła się wygodniej. Miauknąwszy do nas przymilnie, skuliła się i zapadła w ulubioną, wieczorną drzemkę. Od tej pory oglądanie, wspólnie z kotką filmów animowanych stało się domowym rytuałem.

W ciągu kilku lat Malwinkowego bytowania w leśniczówce przez nasz dom przewinęło się wiele różnych zwierząt. Kotka czuła się tutaj pełnoprawnym i ważnym domownikiem, zatem każdy nowy lokator budził jej żywe zainteresowanie. Nowy członek w stadzie mógł doprowadzić do zmiany jej pozycji w tej społeczności. Kiedy w domu pojawił się malutki dziki królik, uratowany spod kruczego dzioba, kotka obejrzała go z ciekawością. Dokładnie obwąchała i konstatując, że nie stanowi zagrożenia dla jej pozycji, przyjęła go przyjaźnie. Króliczek mieścił się z powodzeniem w ludzkiej dłoni i był bardzo ruchliwy i ciekawski. Szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu. Czuł się u nas tak bezpiecznie, że gdy zasypiał spokojnie i mocno, odwracał się bokiem brzuszka do góry i wyciągał swobodnie łapki. Podczas snu wielokrotnie przeciągał się z rozkoszą. Później noce najchętniej przesypiał w popielniku kuchennego pieca. Czuł się tam ciepło i bezpiecznie, jak w norce. Baliśmy się aby jakiś zbłąkany żarek nie podpalił mu futerka. On jednak wyraźnie nie był przerażony resztkami żaru na palenisku. Jedynie rano, zanim rozpaliło się pod kuchnią, należało sprawdzić czy popielnik jest pusty. Kotka potraktowała zwierzątko jak swego towarzysza i często zasypiały stopione w jedną, burą kulę. Króliczek układał się wtedy wygodnie, wtulony w puszysty, ciepły bok kotki. Ona zaś, zwinięta w kłębek, wciskała pyszczek między króliczka a własny bark. Tworzyły wtedy sielski obrazek. Kto by pomyślał, że te puszyste zwierzątka należą do dwu różnych światów: tych, którzy polują i tych, którzy są zabijani. Króliczek chętnie zgłębiał tajniki wszelkich domowych zakamarków. Kocina wysiadywała wówczas przy otworze, w którym zniknął maluch, oczekując cierpliwie jego powrotu. Wyglądało to jak kocie czyhanie na upragnioną myszkę. Szczęśliwie finał tych wyczekiwań był odmienny. Kiedy bury kicuś ukazywał się przy wyjściu, obwąchiwała go delikatnie, po czym wstawała prężąc grzbiet by powędrować na któreś ze swych ulubionych miejsc. Tam po pobieżnej toalecie siadała przycupnięta i przez szparki zmrużonych oczu śledziła kicającego króliczka. Gdy traciła go z oczu, podnosiła się i cała historia powtarzała się od nowa. Przyzwyczaiły się do siebie i jadły również bok w bok. Początkowo kicia obwąchała pokarm towarzysza a stwierdziwszy, parskając z niesmakiem, że nie nadaje się do jedzenia dla przyzwoitego kota, zabrała się do swego posiłku. Nie interesowała jej więcej zawartość miseczki króliczka. Pod względem żywieniowym nie stanowiły dla siebie konkurencji, nie było więc waśni. Kiedy później w domu naszym zamieszkała czarna podpalana wilczyca Zaga, kotka przezornie udawała całkowity brak zainteresowania zawartością jej michy. W tej dziedzinie nie istniały bowiem dla suki żadne przyjaźnie ani wspólnoty. Dużo bardziej tolerancyjny okazywał się w tym względzie potężny wyżeł czeski – Gaweł. Ten nigdy nie odganiał kotów. Gdy Malwinka się okociła, były czasowo w domu cztery koty. Młode wiecznie pchały się do Gawłowego „talerza”. Nawet nie zawarczał. Pakował tylko swój wielki, cebrowaty łeb jak najgłębiej w miskę, wyciskając z niej rozbestwione kociaki. Spały też najchętniej na posłaniu Gawła a właściwie na samym psie. Korzyści były obopólne. Pies miał ciepłą kołderkę a koty oprócz ciepła czuły się bezpiecznie. Kilka tygodni wcześniej Malwinka okociła się i miała troje przepięknych kociąt. Cofnijmy się jeszcze 2 miesiące wstecz. Staliśmy się wówczas świadkami wspaniałego spektaklu, w jaki przerodziły się kocie zaloty. W lesie wraz z nami mieszkała tylko Malwinka. Nie było żadnych, innych kotów. Wkrótce miało się jednak okazać, jak dalece nie docenialiśmy siły hormonów i możliwości feromonów. Aby przywołać zalotników nasza kociczka wdrapywała się na najwyższą gałąź orzecha skąd wyśpiewywała swoje miłosne arie na cztery strony świata. I cóż? Otóż, mimo że najbliższa siedziba ludzka znajdowała się w odległości ponad 2 km i to za lasem, do naszej leśnej pustelni ściągały spore ilości zakochanych kocurów. Podwóreczko przed wejściem do domu było ogrodzone i pilnowane, przez luzem biegającego wyżła. Każdy z przybywających zalotników poddawany był, można powiedzieć, ciężkiej próbie. Malwinka siadała sobie na słupku ogrodzeniowym a w dole, po podwórku kręcił się pies. Aby zdecydowała się zaakceptować partnera, ten musiał wykazać się niemałą determinacją i odwagą. A ona, jak to kobieta, czyściła zapamiętale futerko udając, że nic nie widzi. Selekcja była więc długa i ostra a zalotnicy odpadali masowo. Niejeden zmiatał z futrem w nieładzie i długo musiał leczyć swą nadszarpniętą dumę. Najwidoczniej znalazł się w końcu rycerz niepokonany, który przyczynił się do narodzin najpiękniejszych kociąt w naszym lesie. Toteż duma z jaką kotka nam je zaprezentowała była w pełni uzasadniona. Swoje rodzinne mieszkanko urządziła z wielką pieczołowitością na strychu. Przed porodem nie zjawiła się na kolacji.Za to następnego dnia w południe weszła niezauważona do kuchni, wypiła mleko i zagadała do mnie cichutko. „Mam coś do pokazania. Możesz pójść ze mną?” Przesunąwszy mięciutkim bokiem po moich nogach, odwróciła się z uniesionym w górę ogonem i odeszła kilka kroków. Zatrzymała się jeszcze, spoglądając na mnie porozumiewawczo, po czym skierowała się spokojnie w stronę strychu. Nie mogłam zignorować tak wyraźnego zaproszenia. Podążyłam  za nią na poddasze. Tam pod samym dachem leżały złożone płócienne worki po paszy a na nich w małym zagłębieniu trzy maciupeńkie, pełzające stworki. Mieliśmy więc widomy dowód na to, że wiosenne arie naszej kotki, posyłane w siną dal z czubka starego orzecha, okazały się niezwykle skuteczne. Efekt tych zabiegów pełzał teraz na kupie worków pod dachem. Malwinka wskoczyła na worki i dotknąwszy nosem kolejno każdego z kociaków, rzuciła mi dumne spojrzenie. „Prawda, że są wspaniałe? Musisz przyznać, że rzadko trafiają się tak udane dzieciaki.” Zagadnęła. Miała niewątpliwie rację, toteż nie zwlekałam z serdecznymi gratulacjami. Okazała się bardzo troskliwą mamą i kocięta rosły, jak na drożdżach. Zaczynały przysparzać jej coraz więcej kłopotów. Przekonaliśmy się wtedy jak wielkie były jej łowieckie zdolności. Instynkt łowiecki rozwinął się u niej do poziomu dzikiego drapieżnika. Reagowała natychmiast na każdy podejrzany szmer. Bywało, że siedziała najspokojniej  w świecie, towarzysząc nam w pracach ogródkowych. Mrużyła oczy, trwając nieruchomo jak statuetka z owiniętym wokół nóg ogonem. Jedynie uszy poruszały się nieznacznie w ciągłym czuwaniu. Wystarczył jednak jakikolwiek nowy szmer, choćby liścia ruszonego wiatrem. Wtedy jak błyskawica spadała łapami w miejsce skąd dobiegł ów odgłos. Czasem był to faktycznie tylko zeschnięty liść, ale nierzadko opuszczona łapa dosięgała szarobrunatnego grzbietu nieostrożnej myszy. Okazała się drapieżnikiem wszech czasów. Oczyściła z myszy dom i okolicę. Następnie przerzuciła się na ptaki, wiewiórki i inne drobne zwierzaki. Niestety polując coraz zajadlej, zapuszczała się głębiej w las niż kiedykolwiek. Coraz częściej i na dłużej znikała z domu. Pewnej nocy znikła na zawsze. Około północy zza okna dobiegł nas przejmujący wrzask. Koci, nie koci- przerażający. Otaczające nas lasy zamieszkiwały m.in. kuny, Wyjątkowo drapieżne i sprawne zwierzaki. Nie lubią odstępować swych terenów łowieckich. Potrafią zabić intruza. Podejrzewaliśmy, że być może, nasza kotka weszła im w drogę. Tak odeszła Malwinka, która była pierwszym zwierzęcym członkiem naszej leśniczówkowej rodzinki i wspaniałym przyjacielem.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Malwinka i inni

  1. Pani Peonia pisze:

    Pomyślałam sobie, że pewnie znałaś moją teściową, która na SGGW była wykładowcą.

  2. Pani Peonia pisze:

    Piękna historia. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s