Mela

Zwierzęta dzikie trafiały do nas przypadkowo. Wszyscy wiedzieli, że tu mogą znaleźć azyl różne stwory. Przywożono więc sarniaki, pasiaki, cielaki jelenie, rozmaite ptaki a nawet gady. Otrzymywały tu pomoc i znajdowały dom na tak długo, jak było potrzeba. Wracały potem najczęściej do swego środowiska, zwalniając miejsce kolejnym nieszczęśnikom. Ale żyły u nas również zwierzęta celowo przez nas sprowadzone do tego leśnego zakątka. W obórce mieszkała nasza krowa żywicielka o imieniu Mela. Kupiliśmy ją jako jałówkę cielną i w pierwszym wycieleniu urodziła nam bliźniaki. Byczki chowały się szczęśliwie i rosły zdrowo. Kiedy dorosły musieliśmy je jednak sprzedać, bo trudno sobie wyobrazić aby mogły bezkarnie biegać wokół domu dwa buhaje, po tonie żywej wagi każdy. Mela długo była naszą żywicielką. Z jej mleka nie tylko my korzystaliśmy. Wielu życiowych rozbitków wychowało się na nim. Nasze psy, koty i ich potomstwo stale korzystały z tego dobrodziejstwa. Tak więc Mela- żywicielka miała ustaloną pozycję w tym stadzie. Codziennie prowadziliśmy ją na pastwisko, oprócz zimy naturalnie. Wypuszczona z obórki, popasając chodziła za mną, jak pies. Zanim poprowadziłam ją na łączkę w lesie, pasła się chwilę przed domem. Pewnego dnia Mela, jak zwykle, skubała sobie trawę przed domem a ja stałam obok. Nagle rozległ się wrzask kury i zobaczyłam jak suka Zaga trzyma przy swojej budzie kurę za kuper. Głupia kokocha od kilku dni uparcie próbowała znieść jajko w zagowej budzie. W końcu się doigrała. Suka była niestety zaprzysięgłym wrogiem wszelkiego drobiu. Zapomniawszy o pasącej się krowie, ruszyłam pędem na ratunek zagrożonej kurze. Dobiegając do budy usłyszałam za sobą tętent. Mela stwierdziła, że skoro przywódca stada ruszył gwałtownie do ucieczki, to trzeba biec za nim. W zamieszaniu nieszczęsna kura wyrwała się się jakoś psu i z wrzaskiem uciekła pod kurnik. Jak się później okazało straciła wszystkie pióra z ogona i jeszcze kawał kupra. Na odgłos galopady odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą wielkie oczy mojej krowy, hamującej gwałtownie tuż przede mną. Zdziwiona, nie wiedziała o co chodzi i patrzyła na mnie pytająco. Poklepałam ją uspokajająco po szyi i poszłyśmy na pastwisko.     

Nigdy nie dowiedziałabym się , jak ogromne były żywieniowe możliwości naszej krowy, gdyby nie pewne, zabawne wydarzenie. Sławojka nasza początkowo nie miała drzwi, tylko długą zasłonę z grubego lnu. Postawiłam, pewnego ranka, krowę przed domem, bo trawa wyrosła i chciałam, żeby ją trochę przygryzła. Pasła się spokojnie, poszłam więc na chwilę do domu. Na piecu stał garnek z rosołem i musiałam go odsunąć trochę z ognia, żeby wywar nie gotował się tak gwałtownie. Kiedy wróciłam, Mela stała obok kibelka, przeżuwając coś cierpliwie z uniesioną głową. „Cóż ona tak uparcie żuje?” Pomyślałam i ruszyłam w jej kierunku. Kiedy podeszłam bliżej, oczom moim ukazał się zaskakujący widok. Większość lnianej zasłony znikła już we wnętrzu naszej krowy. Rzuciłam się rozpaczliwie na ratunek było jednak za późno na cokolwiek. Został już niestety tylko strzęp grubej, lnianej tkaniny majtający się żałośnie nad otworem drzwiowym naszej ubikacji. Mela zeżarła kawał materiału, niemal wielkości prześcieradła. Obserwowałam ją przez kilka dni z niepokojem, obawiałam się bowiem, że może jej zaszkodzić ten nietypowy posiłek. Szczęśliwie nic jej się nie stało. Ucierpiała tylko nasza sławojka. A mówią, że to koza byle czym się wyżywi, choćby miotłą.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s