Koziołek

Pewnego, wiosennego popołudnia w naszym leśnym domu zjawił się sarniak. Był chudy, słaby, po prostu ledwo żywy. Mały, płowy Bambi, pokryty jasno żółtymi plamkami, z bardzo długimi, patykowatymi nóżkami i wielkimi uszami na maleńkiej, okrągłej główce. Nieszczęśnik trafił do nas, bo jakimś ludziom zdawało się, że wiedzą co robią. Zabrali leżącego w trawie sarniaka, bo jak mówili, „ był taki sam, biedaczek”. Szkoda, bo zwierzak stracił szansę wzrastania przy matce, w swym naturalnym środowisku. Mała sarna, kilka dni po urodzeniu nie ma jeszcze własnego zapachu. Sarniak pozostaje nieruchomy w zaroślach a matka idzie się pożywiać. Jest jeszcze zbyt mały, zbyt powolny aby podążać za nią. W swym naturalnym środowisku ma wielu wrogów, przed którymi nie byłby w stanie uciec. Co jakiś czas matka karmi go i znów odchodzi. Leży więc nieruchomo, by ruch nie zdradził jego kryjówki przed czujnym wzrokiem drapieżnika. Przez te pierwsze dni młode jest bezpieczne, bo drapieżniki go nie widzą i nie czują. Kiedy natkniemy się na takiego malucha, leżącego w trawie, nie trzeba go ruszać, tylko szybko się wycofać. Dotykając sarnięcia zostawimy na nim swój zapach, co może odstraszyć młodą matkę. Warto pamiętać, że mleko matki jest dla malucha najcenniejszym pokarmem. Dzięki niemu szybko rośnie i właściwie się rozwija. Sztuczne karmienie i wychowywanie takiego zwierzaka przez człowieka zawsze nastręcza sporo kłopotów. Ja preparowałam dla koźlęcia napój z mleka w proszku z glukozą. Najlepsze byłoby mleko kozy domowej, ale w tym czasie nie mieliśmy w naszym zwierzyńcu kozy. Początkowo trzymaliśmy sarniaka w domu. Miał urządzony kącik z sianem w pomieszczeniu kuchennym. W kolejnych dniach do mleka dodawaliśmy kaszki a potem dostawał płatki i siano. Wychodził też na powietrze, na trawkę. Z czasem coraz dłużej przebywał na dworze. Korzystał ze słońca i biegał po ogródku. Zawsze przybiegał, gdy zauważył w ręku człowieka butlę ze smokiem. Dla naszych wszystkich gości karmienie go z butelki było największą atrakcją. Rósł szczęśliwie i zdrowo się rozwijał. Wyprowadził się z domu do stodółki. Tam najchętniej odpoczywał i chował się przed upałem. Był to koziołek i następnego roku założył na głowie krótkie, szpiczaste poroże. Różki nie były zbyt długie, ale za to ostro zakończone. Dla bezpieczeństwa założyliśmy na te szpice grube, gumowe tulejki. Nadzialiśmy je mocno, trzymały się więc dobrze i nie spadały. Okazało się, że nasza przezorność bardzo się przydała. Mieszkał sobie w stodółce i poruszał się wolno, gdzie chciał. Łączkę przed domem i brzeziniak uważał za swoje terytorium. Najważniejsza była jednak stodoła, która służyła mu za miejsce odpoczynku i stanowiła dla niego bezpieczny azyl. Liczyliśmy, że z czasem odchodzić będzie coraz dalej, aż napotka jakąś sarniooką piękność i zniknie na dobre. Tak się zresztą w końcu stało. Na razie jednak swego terenu bronił, jak pies. Gorącą porę dnia przesypiał w stodółce i nie lubił, aby obcy mu przeszkadzali. Kiedy słońce stało wysoko, wszyscy wkoło odpoczywali. No, może z wyjątkiem trzmieli, pszczół i innych owadów, kręcących się pracowicie wokół kwiatów i nad trawami. Jaskółki również śmigały w rozgrzanym powietrzu, wyłapując muchy dla swych, wiecznie głodnych pisklaków. Ptaki zwykle spędzały dnie bardzo pracowicie. Czarna, podpalana wilczyca Zaga leżała rozwalona w promieniach słońca, chowając głowę w cieniu budy. Koty wygrzewały się leniwie na ławce przed domem. Nasze szorstkowłose jamniki spały rozciągnięte w wygrzebanych przez siebie jamkach. Nagle suka rozszczekała się natarczywie. W brzeziniaku pojawili się dwaj mężczyźni. Mieli ze sobą teodolit i tyczkę. Dwóch mierniczych wytyczało jakieś linie, zmierzając w kierunku stodoły.„Witam panów”- zawołałam od progu. „Cóż to, robota w taki upał?”- ciągnęłam. „Dzień dobry. Ano nie ma wyjścia. Terminy gonią.”- rzucił w odpowiedzi ten z tyczką. „Odpoczniemy tu chwilę i dalej do roboty.”„Tylko może nie zatrzymujcie się panowie przy stodole. Zapraszam. Przyjdźcie tu na ganek. Tam może nie być zbyt bezpiecznie. W stodole mieszka kozioł sarny a on nie lubi, jak mu obcy przeszkadzają.”- przekonywałam w obawie, że nasz pupil może się zdenerwować najściem na jego teren. Zaga, co chwilę, poszczekiwała ostrzegawczo. „E… sarenka nic nam nie zrobi. My nie tacy strachliwi. Chętnie obejrzymy.”- żartowali, rozkładając się przy stodole. Jeden z nich wyjął paczkę papierosów. Włożył jednego do ust i poczęstował kolegę. Ten stał tyłem do stodoły, z której na sztywnych nogach zaczął wychodzić nasz koziołek. Właściciel papierosów podawał właśnie ogień z zapalniczki koledze i gdy ten pochylił się z papierosem w ustach chcąc go przypalić, kozioł błyskawicznie zaatakował. Wspiął się na tylnych nogach, pochylił głowę i skoczył do przodu, celując różkami poniżej krzyża wypiętego faceta. Szczęściem miał założone gumowe osłony na szpicach, ale i tak wrażenie musiało być bardzo nieprzyjemne. Mężczyzna stracił równowagę, lądując na piersi zaskoczonego kolegi. Obaj byli niezwykle zdeprymowani. Złapali swoje narzędzia pracy i oddalili się szybkim krokiem. Nie zdążyłam nawet ich przeprosić za naszego pupila. Swoją drogą sami się o to prosili. Koziołek, bardzo zadowolony z siebie, skubnął kilka trawek dla uspokojenia i wrócił powoli na swoje legowisko na sianie. W następnym roku nasz kozioł odszedł w las na dobre. Po kilku odejściach i powrotach, coraz rzadszych, w końcu już nie wrócił. W naszym domu nie raz jeszcze pojawiały się młode sarny, skrzywdzone przez człowieka. Jednym z takich biedaków był sarniak bez uszu. Stracił je, bo na swoje nieszczęście, urodził się na ogromnym polu z lucerną. Leżał sobie cichutko i nieruchomo, ale skąd mógł wiedzieć, że ten ryczący potwór przemierzający pole, mimo że go nie zauważy, to jednak skrzywdzi. Pokosówka przejechała nad nim. Wystawały tylko uszy. Zostały więc obcięte. Życie zachował. Przywieziono go do nas zakrwawionego i przerażonego. Trafiały do nas małe kózki i małe koziołki. Wszystkie sarny, prócz jednego sarniaka pokiereszowanego przez jastrzębia, wychowały się i odeszły. Przecież żyliśmy w środku lasu, nie miały daleko do swoich. Bróg z sianem, stojący na ścianie lasu, co noc odwiedzały sarny z sąsiedztwa. Było ich zawsze dużo. Mieszkały wszędzie wokół.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s