Cztery ryjki

dziczekwreku

Pewnego roku, pod koniec stycznia, po polowaniu pędzonym, mąż przywiózł do domu cztery dwudniowe dzicze pasiaki. Młoda locha, zbyt młoda na matkę, oprosiła się w kapuście pastewnej, pozostawionej na zielonkę dla pegeerowskich krów mlecznych. Dziesięciostopniowy mróz, to pora całkiem nieodpowiednia na narodziny. Do wiosny było jeszcze daleko. W kolejnym pędzeniu psy ruszyły loszkę. Nikt nawet nie przypuszczał, że mogłaby to być matka. Chwilę później ktoś zauważył jakieś „pchełki”, skaczące w kapuście. Były to pasiaczki. Każdy ważył nie więcej niż kilogram. Zebrano je szybko i pochowano w kieszenie, żeby psy ich nie pomordowały. Mąż przywiózł je wieczorem do domu w wiklinowym koszu na śmieci. Kiedy wyciągałam je z kosza podskakiwały zabawnie i kwiczały piskliwie. Miały jeszcze przyschnięte powrózki pępowinowe i czerwone od mrozu brzuszki. Małe wiercipięty mieściły się na dłoni, kiedy włożyło się ją pod brzuszek. Należało je natychmiast ogrzać i nakarmić. Zostały więc umieszczone w skrzyni na sianie, pod żarówką podczerwieni. Ciepło je uspokoiło i zaczęły przysypiać po strasznych przeżyciach. Kiedy spały przyrządziłam dla nich specjalny napój mleczny. Początkowo wkraplaliśmy im mleko kroplami, przy pomocy pipetki. Potem przygotowałam specjalne buteleczki z butelek po syropach na kaszel. Jako smoczka użyłam krótkiej gumki od zakraplacza, osadzonej na butelce przy pomocy zakrętki z wywierconym otworem na gumkę-smok. Ten opis może przybliżyć pojęcie o skali wielkości z jaką mieliśmy do czynienia. To były naprawdę bardzo maleńkie ryjki. Maluchy zaczęły interesować się ssaniem dopiero wtedy, gdy zachęciliśmy je do tego mlaszcząc i cmokając. Okazało się to bodźcem do szukania sutka. Dostały żelazo w zastrzykach i witaminy. Zwykle prosięta rodzą się z niedoborem żelaza a pierwiastek ten ma ogromne znaczenie w ich wzroście i rozwoju. Wkrótce do pójła mlecznego zaczęliśmy dodawać różne kleiki zbożowe. Karmienie naszych podopiecznych było jak akcja bojowa. Kiedy zjawialiśmy się z mlekiem wszystkie warchlaki oblegały nas hurmem. Wrzask był ogromny i mleko musiało być natychmiast. Poiliśmy na cztery ręce, bo żaden ryjek nie mógł zostać bez przydziału. Kiedy nieco podrosły, zostały przeniesione do pokoiku na strychu. Notabene zdemolowały go dokumentnie i po całej akcji wymagał remontu kapitalnego. Z czasem buteleczki po syropach zostały zamienione na butle z normalnymi smokami. Warchlaki przeniosły się zaś do obórki, skąd wychodziły kiedy i gdzie chciały. Jeśli jednak pojawiałam się w zasięgu ich wzroku, gnały do mnie pędem i nie odstępowały na krok. Chodziliśmy sobie razem na spacery po lesie. Wędrowały za mną sznureczkiem i od czasu do czasu ryły w ściółce zapamiętale. Wystarczyło jednak, by któryś zorientował się, że pozostał w tyle, aby zrywał się gwałtownie i pędem dołączał do grupy, pochrząkując nerwowo. Grupka składała się z trzech loszek i odyńca. Chłopaka nazwaliśmy Maćkiem a loszki to Niuśka, Lońka i Mała. Dziczki uważały, że są częścią naszego stada i biegając po lesie zawsze gotowe były do wspólnych działań. A gdy pojawialiśmy się z butlami, przybiegały i domagały się mleka jedno przez drugie. Wszyscy w promieniu wielu kilometrów, znali nasze stadko dzików a jednak niejednemu potrafiły napędzić stracha. Pewnego wieczora, jeden z naszych znajomych myśliwych, zaczaił się na pryzmie kiszonki na odyńca, który przychodził tam na nocną wyżerkę. Okazało się, że nasze dzicze stadko też wybrało się na to śródleśne pole. Wędrując sobie po nim zobaczyły człowieka na pryzmie. Postanowiły więc sprawdzić, kto to taki i biegiem ruszyły do kiszonki. Dobiegły i zaczęły się wspinać na górę. Nasz znajomy był tak zaskoczony, że zrejterował. Dopiero gnając drogą w kierunku swego samochodu, przypomniał sobie, że mogły to przecież być dziki od nas. Tej nocy zrezygnował już jednak z dalszego polowania. Zapewne dzięki naszym pupilom, odyniec uratował głowę.

zpasiakamiZ czasem dziki odchodziły coraz dalej i coraz rzadziej wracały. W końcu znikły. Podejrzewamy niestety, że zostały zamordowane. Na wołanie i chleb lub inne smakołyki przychodziły nauczone, że człowiek rządzi, ale krzywdy nie robi. Doszły nas słuchy, że ludzie zwabili je do pegeerowskiej obory. Potem ją zamknęli i zatłukli zwierzaki drągami. Jeśli rzeczywiście tak było to wiem, że nasze dziki nawet się nie broniły, bo nie umiały i nigdy nie potrzebowały. Nigdy wcześniej nie spotkała ich żadna krzywda od człowieka. Cóż- nie wiedziały niestety, że człowiek to największy drapieżnik na tej ziemi. Nie przestrzega praw natury, jej zasad postępowania a zabija wszystko, co żyje.

2d

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Cztery ryjki

  1. SABATOWKA pisze:

    Smutne zakończenie tej wspaniałej opowieści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s