Lucek

Zjawił się u nas nagle, jak większość członków naszej zwierzęcej społeczności. Ważył nie więcej niż półtora kilograma i był jednym z trójki rodzeństwa. Styczeń tego roku okazał się łaskawy dla zwierząt. Lekki mrozek i niezbyt duży śnieg nie utrudniały zbytnio życia mieszkańcom pól i lasów. Buszował właśnie wraz z mamą i siostrami na kapuścianym polu, gdy nagle posłyszał strzał. Nigdy wcześniej nie spotkało go nic podobnego. Wraz z resztą rodziny uciekał, co sił w nogach. Słyszał kwiki i charczenia, ale nie zatrzymywał się. Nagle jakieś silne kończyny uniosły go w górę. Krzyczał i wierzgał jak opętany, ale nie dał rady się wyrwać. Był w końcu tylko małym dzieckiem lasu. Wsadzili go do jakiegoś ciemnego pojemnika. Serce mu waliło, jakby chciało wyrwać się z piersi. Co to się dzieje? Co teraz będzie? Na te podstawowe pytania nie znajdował jednakże żadnej odpowiedzi.

„Nie uwierzysz, co przywiozłem.” Marek otworzył koszyk, z którego dobiegły głośne, pełne oburzenia kwiki. Mały, pasiasty dziczek był bardzo wystraszony. „O ty biedaku! Choć no tu do mnie sieroto.” Zagadałam, biorąc w ręce wiercącego się i wrzeszczącego pasiaka. „Nie dotykaj mnie! Mamo! Gdzie jest mama? Ratunkuuu!” Wydzierał się dziczek, w dziczej mowie oczywiście. Zaniosłam zwierzaka do kojca i ułożyłam na legowisku wysłanym drobnym sianem. Nad kojcem zawisła żarówka grzewcza i wkrótce maluch czując błogie ciepełko pomrukiwał już tylko sennie, rezygnując z głośnych krzyków. Był bardzo zmęczony. Szybko jednakże odzyskiwał energię. Niebawem obwąchiwał już nowe kąty, suwając małym, gumowatym ryjkiem po ścianach i podłodze kojca. Co chwilę nieruchomiał nasłuchując, po czym znów powracał do poznawania nowego otoczenia. Po jakimś czasie w kojcu pojawiła się ludzka ręka z czymś, co przypominało mu trochę ważną część mamusi. Pachniało bardzo pociągająco. Zaczął węszyć nieufnie, wyciągając głowę i kręcąc zabawnie tarczą ryjka. Pochrząkiwał przy tym niepewnie. Bardzo powoli zbliżał się do smoka na butelce. W pewnej chwili kropla mleka spadła i rozpłynęła mu się po ryjku. Cofnął się zaskoczony. Czuł jednak, że ten zapach i smak dotyczy tego, na co ma teraz największą ochotę. Złapał więc smok i pomrukując rozkosznie zaczął ssać z całych sił. Dławiąc się i pochrząkując migiem opróżnił butelkę i znieruchomiał z ryjkiem zawieszonym na jej brzegu. Nogi powoli ugięły się pod nim i opadł na siano wypuszczając smoczek. Chrząknął parę razy, machnął głową i znieruchomiał. Spał mocnym snem po ciężkich, stresujących przeżyciach. Był przecież tylko małym dzieckiem lasu. Tak zaczęło się jego nowe życie.

Szybko zapoznał się z kojcem i niebawem zaczęła go nudzić ta mała klitka. Chętnie wypijał każdą ilość mleka. Mlaskając z rozkoszą pochłaniał również owoce, warzywa i śrutę zbożową. Nie bał się już ludzi. Przeciwnie, tęsknił teraz do ich towarzystwa. Rósł tak szybko, że wkrótce przeprowadził się do stajenki pełnej słomy i siana, która otwarta była na spory, ogrodzony siatką sadek. Gdy wiosna wybuchła feerią barw i zapachów Lucek, bo tak go nazwano, buszował z zapałem w trawach pomiędzy drzewami. Dłubał w ziemi mocnym jak dłuto ryjkiem w pogoni za dżdżownicami i pędrakami. Kiedy znalazł taki smakołyk mlaskał głośno, przymykając oczy z zachwytu. Kiedy przychodziły zaprzyjaźnione dzieci, witał je radośnie i zaczynały się szaleństwa. Ganiał w koło jak oszalały, pochrząkując i pokwikując wesoło. „Gońcie mnie. No, kto mnie złapie?” Zatrzymywał się niespodziewanie na moment, stając na rozstawionych nogach. Machając głową w górę i w dół, pokwikiwał krótko, zachęcając do zabawy. Dzieciaki były zachwycone. Gonitwy trwały długo, wśród krzyków, pokwikiwań i śmiechów. Kiedy się zmęczył stawał i poddawał się serii pieszczot i drapań. W końcu padał na ziemię i z rozkoszą przewracał się na grzbiet, pozwalając się drapać po brzuchu. Ten moment zabawy dzieci witały z wielką radością. Przynosiły też zwykle jakieś smakołyki. Lucuś chwalił sobie bardzo ten zwyczaj. Często obszukiwał gumowatym ryjkiem zakamarki dziecięcej garderoby, wywołując salwy radosnego śmiechu. Dziczek był ciekawym życia, radosnym stworzeniem. Zawsze gotów do zabawy, każdego do niej zachęcał. Nasza poczciwa labradorka Dita często przyjmowała luckowe zaproszenia. Była jednak dużo delikatniejsza od niego i nie raz wychodziła z takiego szaleństwa z poobijanymi bokami. Nauczyła się więc niezwykle zwinnie unikać dziczych przepychanek, przeskakując go lub odskakując nagłymi zwrotami. Miejscem szaleństw naszego wychowanka był sadek za stajenką. Wkrótce jednak zademonstrował nam wszystkim swe, niezwykłe jak na takiego krępego zwierzaka, zdolności gimnastyczne. Znalazł się poza swoim wybiegiem. Pewnego dnia zapukał po prostu do drzwi domu. Otworzyłam pewna, że to poczta, ponieważ była to pora, o której zwykle zjawiał się listonosz. A tu nagle do domu wparował Lucek. „A ty skąd się tu wziąłeś?” Krzyknęłam zdziwiona. On jednak błyskawicznie powędrował do kuchni, gdzie właśnie gotowałam obiad. Moje pytanie uznał za zdecydowanie niestosowne i nawet nie zadał sobie trudu, aby się do niego ustosunkować. My natomiast musieliśmy sporo trudu włożyć w wyekspediowanie dzika z mieszkania. Zdecydowanie nie był zadowolony z naszego postępowania. Oponował donośnie, głosząc wszem i wobec, że czuje się dotknięty do żywego takim traktowaniem. Kiedy znalazł się w końcu znowu w sadku, ruszyliśmy w koło ogrodzenia, szukając miejsca gdzie mógł się podkopać. Nigdzie jednak nie było żadnego uszkodzenia. No jakby wyfrunął! Kiedy wracaliśmy do domu posłyszeliśmy nagle za sobą odgłos truchtającego dzika. Odwróciliśmy się. Lucek podbiegał do nas wielce ukontentowany. Staliśmy jak zamurowani. Jak on wyszedł? Cóż. Znów trzeba było zaprowadzić kolegę na wybieg. Tym razem jednak zaczailiśmy się za ścianą stajenki, skąd mieliśmy widok na siatkowe ogrodzenie sadku. Nie musieliśmy długo czekać. Po chwili zobaczyliśmy Lucka, jak podbiega kłusikiem do ogrodzenia. Przebiegł kawałek wzdłuż siatki i nagle zaczął się po niej wspinać w górę. Gdy dotarł na szczyt, przerzucił się na drugą stronę i zwinnie zeskoczył za ogrodzeniem na ziemię. Wielce zadowolony pokłusował w stronę domu. Byliśmy pełni uznania dla jego sprawności fizycznej. Nigdy nie wpadłoby nam do głowy, że dzik może się tak sprawnie wspinać po siatce ogrodzeniowej. Musieliśmy założyć na górze ogrodzenia drągi, które przesunięte były do wewnątrz tak, aby nie mógł ich już pokonać. Myliłby się jednak ktoś, kto myślałby, że Lucek zawsze już pozostawał na swoim wybiegu. Jak tylko nadarzała się jakaś okazja aby wydostać się z ogrodzenia, nie omieszkał z niej skorzystać. Wystarczyło, że pękła gdzieś siatka lub ktoś nie domknął dokładnie furtki, aby sprytne dziczysko znalazło się poza swoją, prywatną posiadłością. Garnął się do ludzi, bo kojarzyli mu się z zabawą i smakołykami. Ta jego skłonność bywała przyczyną wielu zabawnych sytuacji.                                 Pewnego jesiennego dnia, na sąsiadującym z podwórzem polu ziemniaczanym, odbywały się wykopki. Dorośli, młodzież i niemało dzieciaków – wszyscy zbierali kartofle do koszy, które zanoszono do przyczep ciągnikowych. Tu wysypywano ziemniaki, po czym wracano na ziemniaczysko, gdzie znów wszyscy podążali za kopaczką, aby napełnić kosz. Praca wrzała. Śmiechy i piski bawiących się przy tej okazji dzieciaków, niosły się daleko. Doskonały słuch Lucka natychmiast zidentyfikował znane mu odgłosy dziecięcej zabawy. Nic więc dziwnego, że za wszelką cenę chciał dołączyć do tej wesołej grupy. Podjął postanowienie i musiał je zrealizować. Jego determinacja pozwoliła mu znaleźć sposób na wydostanie się ze swojego wybiegu. Kiedy tylko znalazł się poza ogrodzeniem, co sił w nogach pognał w stronę ludzi pracujących na polu. Kiedy sadził wielkimi skokami przez rajki ziemniaczane, ktoś ze zbierających krzyknął na cały głos. „Dzik, dzik pędzi na nas!” Zrobiło się potworne zamieszanie. Wszyscy zerwali się na równe nogi i porzuciwszy kosze, pognali w stronę przyczep, przesadzając w locie rozkopane rzędy ziemniaczane. Uciekający ludzie frunęli niemal nad polem, mimo że ziemia była ciężka i kleiła się do obszernych gumofilców. Ci, którzy dopadli wielkich przyczep ciągnikowych, wskakiwali na nie tak lekko i sprawnie, jakby prezentowali olimpijski program występów w gimnastyce artystycznej. Warto tu nadmienić, że przyczepy, o których mowa, miały sporą wysokość. Od ziemi do dna przyczepy było jakieś 1,5 m odległości. Tak więc widok wyfruwających z błota na taką przyczepę ludzi był tyleż zaskakujący, co zabawny.      W tym samym czasie, prowadzącą do naszego domu a biegnącą wzdłuż pola drogą, jechała na motorowerku nasza znajoma. Jak zwykle zdążała do pracy. Pokonywała tę drogę dwa razy dziennie od lat. Dobrze znała Lucka i wiedziała, że nie raz wyrywał się do dzieciaków, niszcząc przy okazji niejedną kwiatową grządkę wokół domu. Kiedy zaalarmowana krzykami ludzi, spojrzała na pole, ukazał się jej oczom niezwykły obrazek. Na skos przez pole pędził Lucek a z ziemi wyskakiwali w powietrze ludzie. Komizm sytuacji tak ją rozbawił, że ze śmiechu straciła równowagę i wjeżdżając na pobocze drogi, wyłożyła się razem ze swym motorowerem. Mimo to dalej tak się śmiała, że nie miała siły wstać z ziemi. W końcu pozbierała się jakoś i dała nam znać, że dzik znowu opuścił swój wybieg. Kiedy dobiegliśmy na pole, dorośli siedzieli na przyczepach a zachwycone dzieciaki bawiły się z nie mniej szczęśliwym Luckiem. Nasza ekspedycja karna zakończyła się zataszczeniem wrzeszczącego z oburzenia warchlaka do jego „rezydencji”. Zarówno dzieciaki jak i dzik z żalem przyjęli zakończenie tak wyśmienitej zabawy.  Dziki kochają towarzystwo i potrzebują go. Nasz wychowanek był niestety sam. Kiedy nieco podrósł postanowiliśmy oddać go do hodowli zamkniętej. Ośrodek hodowlany, który wybraliśmy chętnie go przyjął dla wprowadzenia nowej krwi do swego stada. Z czasem stał się tam głównym rozpłodnikiem. Kiedy po ok. 1,5 roku zjawiliśmy się w jego nowym domu, był już dorosłym, młodym samcem z pięknym, długim chybem na grzbiecie. W siwobrunatnej szacie prezentował się bardzo okazale. Gdy tylko podeszłam do siatki dużego, leśnego wybiegu i zawołałam go po imieniu, przybiegł błyskawicznie. Poznał nas natychmiast. Pogruchiwał cichutko, domagając się pieszczot. Kiedy wetknąwszy palce w oczka siatki, zaczęłam drapać go za uchem, znieruchomiał rozanielony. Oparty barkiem o ogrodzenie powoli zaczął „spływać” po siatce, aż padł na ziemię i wystawił wielkie brzuszysko do drapania. Niestety do brzucha sięgnąć nie mogłam. Mimo moich próśb stróż nie chciał wpuścić mnie na wybieg, spoglądając na nas z niedowierzaniem. No cóż, był to wybieg odyńca rozpłodowego. Nic dziwnego, że budził respekt i pobudzał wyobraźnię. A jednak żal, że nie mogliśmy się napieścić do woli, oddzieleni siatką. Lucek mruczał, gruchał i mrużył oczy, a ja nie mogłam się z nim rozstać. Kiedy w końcu przyszła pora odjazdu, szliśmy wzdłuż siatki, odprowadzani przez naszego wychowanka. Pojękiwał i patrzył swymi mądrymi oczkami, jakby chciał powiedzieć: nie odchodźcie jeszcze, jeszcze się trochę popieścimy. Stał potem długo w rogu ogrodzenia, patrząc za nami i szurając gwizdem po siatce, jak robił to w dzieciństwie. To było nasze ostatnie spotkanie.   

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Lucek

  1. Navia pisze:

    Super ! Szkoda, że nie ma zdjęć Lucka 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s