Kajtek- kawka z komina

Wszystkich od dawna irytował niedrożny komin w PGR- owskich czworakach. Kuchnie były ciągle zadymione, bo dym nie chciał lecieć do przewodów kominowych. „Jakiś diabeł pozapychał, czy jak?” Denerwowali się ludzie, bo kominy nie tak dawno były czyszczone. Całą zimę było dobrze a teraz jakiś zły cofa dym do chałupy. „No chłopy, coś z tym trzeba zrobić.” Stary Kowalik przerwał narzekania zebranych na podwórku przed domem, chłopów. Przytaszczono drabinę i trzech najmłodszych wlazło na dach, żeby przeczyścić zatkany komin. Ledwo zajrzeli do środka a sprawa się wyjaśniła. Gniazdo kawki. Solidne, rozbudowane, zatkało kilka przewodów. „A to paskudne ptaszysko! Patrzcie tylko ile młodych chowała” Jeden z „kominiarzy mimo woli” zawołał do zebranych na dole ludzi. „Zwalaj na ziemię. Zabić to tałatajstwo!” Krzyknął ktoś z podwórka. Z góry zaczęły spadać młode kawki. Wioskowe koty i psy hurmem ruszyły na żer, szczute zawzięcie przez ludzi.

Niestety udało mi się uratować tylko jedno młode. Jeden z będących na dachu mężczyzn zniósł młodą kawkę, aby pokazać ją swoim dzieciakom. Ptak trafił do mnie i tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Zamieszkał razem ze mną w małym mieszkanku stażysty. Przedpokój, pokoik biurowy, łazienka z ubikacją i mikroskopijna sypialnia.  Dostał na imię Kajtek i bardzo szybko się do niego przyzwyczaił. Stworzenie przeżyło straszną traumę. Biedne ptaszysko było początkowo tak przerażone, że kiedy zbliżało się do niego rękę, drętwiało skulone, wciskając się w kąt, najlepiej jak umiało. Wkrótce lody zostały jednak przełamane. Najistotniejszą rzeczą dla młodego zwierzęcia jest bowiem, zaspokojenie najważniejszych potrzeb organizmu. A że młode musi jak najszybciej urosnąć, musi pobierać ogromne ilości pokarmu. U takich młodych zwierząt sprawdza się jak najbardziej powiedzenie: przez żołądek do serca. Toteż moja kawka niebawem zachłannie „wsuwała” podawane jej dżdżownice i muchy. Początkowo rozdziawiał tylko dziób, strosząc pióra i trzęsąc skrzydłami w oczekiwaniu na kąsek. Później, kiedy smakowita, wijąca się i utytłana w piachu dżdżownica zawisała Kajtkowi nad dziobem, walił w nią dotąd, aż udało mu się ją pochwycić. Potem szybkimi ruchami dzioba i głowy przepychał ją sobie głębiej. Trudniejsza przeprawa była z pierścienicą, która za nic nie chciała tracić żywota w przepaścistym dziobie. Wystając na zewnątrz, usiłowała wysunąć się z niego intensywnymi ruchami. Rozpaczliwe ruchy głową nie na wiele się zdawały i należało wtedy tak pchnąć palcem wijącego się „robala”, aby trafił cały do dzioba. Po wielu dniach starań zaczął Kajtek opanowywać trudną sztukę samodzielnego dziobania i połykania robaka, leżącego na ziemi. Początkowo proces ten był niezwykle powolny, a praca żmudna. Trzeba było długo uderzać palcem obok robaka, aby sprowokować małą kawkę do samodzielnego stukania dziobem. Zanim jednak w ogóle się do tego zabrała, przekrzywiała łebek to w jedną, to w drugą stronę, nastawiając prawe lub lewe, niebieskie oczko na wijącego się stworka. „Jakby się do tego zabrać?” Zdawała się mówić całą swą postawą. Oględziny były długie i niezwykle dokładne, prowadzone przy tym z różnej odległości. Pierwsze niewprawne uderzenia trafiały zwykle obok obiektu zainteresowania. Powoli jednak Kajtek „wyrabiał sobie oko” i za którymś z kolei razem trafił w dżdżownicę, rozcinając ją na pół. Po wielu próbach, doszedł do tego, że dziób należy lekko rozchylić, a po uderzeniu zamknąć. Tak więc, zaczął w końcu łapać robaki z ziemi. Ale tu pojawiła się nowa trudność. Złapać już umiał. Jak tu jednak połknąć trzymaną w końcu dzioba zdobycz? Mało tego, dżdżownica wierciła się i nierzadko okręcała wokół dzioba, jak żywa obrączka. Zaczął się więc kolejny etap nauki. Nie pomagały uderzenia w dziób łapą, ani machanie głową. W wyniku tych wszystkich machinacji smakołyk nie trafiał niestety do żołądka, a to było celem zabiegów. Do tej czynności należało zaangażować szpiczasty, ruchliwy język. Drogą prób i błędów i ten etap nauki zakończył się powodzeniem. Teraz, gdy tylko zdołał uchwycić robaka w dziób, przepychał go językiem w głąb, unosząc dziób do góry i pomagając sobie gwałtownymi ruchami głowy. Kiedy połknął tak samodzielnie pierwszą dżdżownicę, wyprostował się dzielnie i krzyknął głośno: „kłaa”, co mogło oznaczać „zwycięstwo!”. Strzepnął dziarsko piórka i zaczął maszerować po parapecie okna, ostukując wszystkie, co bardziej podejrzane plamki. Z czasem, gdy dostawał zbyt dużą dżdżownicę, przygniatał ją sobie łapą i ciągnąc dziobem, rozrywał na dwa mniejsze kawałki i te zjadał. W końcu sztukę zdobywania i spożywania pokarmu opanował do perfekcji.  Niemało miejsca w edukacji Kajtka zajmowała również nauka latania. W tej dziedzinie okazał się tak samo pilny i wykazywał duże postępy. Do nauki nie trzeba go było zachęcać i już wkrótce biegałam po mieszkaniu ze ścierką, wycierając wszystkie meble, bez względu na ich wysokość. Od czasu do czasu mój pupil lądował w jakimś kącie za szafą, czy biurkiem. Gramolił się wtedy z trudem z takiej pułapki i po wybrnięciu z niemiłej sytuacji strzepywał pióra, potrząsał głową i wszystko zaczynał od nowa. Ale każde dobrze zakończone przedsięwzięcie kwitował bojowym okrzykiem, bardzo z siebie zadowolony. Pierwsze lądowania odbywały się najczęściej na dziobie, jednak po wniesionych poprawkach i ta trudność została przezwyciężona. Charakterystyczne było to, że przy lądowaniu na płaskiej powierzchni (blat stołu czy biurka) wybierał sobie jakiś długi przedmiot tam leżący, np. linijkę lub suwak i tak celował, aby na niego właśnie trafić łapami. Po wylądowaniu, razem z owym przedmiotem przejeżdżał jeszcze kilkanaście centymetrów po blacie. W tym czasie na długie, powietrzne wycieczki musiał jednak poczekać. Zarówno sterówki ogona jak i lotki skrzydeł, miał bowiem jeszcze nie do końca wykształcone. Praktyka czyni mistrza i zasadę tę stosował Kajtuś uparcie i wytrwale. Dziesiątki a może i setki razy przefruwał z biurka na stojak z siodłem i z powrotem, opanowując tę przestrzeń do perfekcji. Trudności i niepowodzenia wcale go nie zrażały. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że stawał się coraz bardziej uparty i zawzięty. Tak więc próbował, próbował i jeszcze raz próbował. Od czasu do czasu, trafiał na parapet i tu niezmiennie zaczynał się kłopot ze zrozumieniem takiego ludzkiego wynalazku, jak szyba. Tego nie mógł pojąć w żaden sposób. Była to dla mojej kawki zapora, która za każdym razem nieudanej próby jej sforsowania, wprawiała ją w nieograniczone zdumienie. Dlaczego nie może spenetrować świata istniejącego za oknem? Łaził wzdłuż parapetu stukając w szybę dziobem w różnych miejscach. Te próby nie przynosiły oczywiście żadnego efektu. Zatrzymywał się w końcu i patrząc przez szybę na zewnątrz, przekrzywiał łebek to w jedną, to w drugą stronę, jakby chciał coś wymyślić. Stukał potem w szybę jeszcze raz, drugi i odlatywał z okrzykiem oburzenia. Do wydarzeń niezwykle lubianych przez  moje ptaszysko należały spacery po świeżym powietrzu. Kiedy tylko zbierałam się do wyjścia, stawał się niespokojny i usiłował koniecznie usiąść mi na ramieniu albo na głowie, nie pozwalając mi ubrać się do końca. Wychodziłam w końcu z domu z wielce podnieconą kawką na ramieniu. Na dworze ogromne zainteresowanie budziły u Kajtka inne kawki, których jak wszędzie, tak i tu nie brakowało. Zadzierał głowę i pokrzykiwał do swych pobratymców, latających od drzewa do drzewa i paplających po swojemu. Czasem zrywał się i usiłował pofrunąć do nich. Lądował jednak zwykle na trawie, bo osiągnięcie któregoś z drzew było na razie zbyt skomplikowane i przerastało jego możliwości. Dnie spędzał Kajtek niezwykle pracowicie. Nauka jedzenia, latania i poznawanie otoczenia były zajęciami bardzo męczącymi dla młodego ptaka. Robił więc sobie, od czasu do czasu, przerwy w pracy. Przeciągał się wtedy, unosząc się wysoko na nogach i podnosząc skrzydła do góry. Była to najbardziej lubiana przez niego forma gimnastyki. Wyciągał potem na przemian, raz jedno, raz drugie skrzydło. Później do skrzydła dołączał jeszcze nogę. Ten manewr robił jednak dopiero wtedy, gdy na jednej nodze mógł się utrzymać już zupełnie pewnie. Kilka razy dziennie powtarzało się również czyszczenie piórek. Z początku niemrawe, z czasem coraz bardziej sprawne, zakończone ogólnym strzepnięciem i okrzykiem. Często po zabiegach kosmetycznych sfruwał mi na kolano i wygodnie się usadowiwszy zasypiał na małą chwilkę, rozejrzawszy się przedtem wokoło i krzyknąwszy parę „słów” na dobranoc. Budził się tak samo szybko, jak zasypiał, oznajmiając wszem i wobec, że jest już całkiem przytomny. Przeciągał się, jak zwykle i gotów był do dalszej krzątaniny po mieszkaniu. Z czasem coraz częściej wychodziliśmy na spacery. Kajtek siedział mi na ramieniu i głośnym krzykiem zaczepiał każdego spotkanego po drodze. Podfruwał na drzewa, potem zlatywał na trawę. Czegoś tam szukał, coś oglądał. Jak tylko oddaliłam się od niego z wrzaskiem przylatywał mi na ramię. Długo jeszcze byliśmy razem i wędrowaliśmy po okolicach na długie wycieczki. W końcu znalazł sobie partnerkę i postanowił założyć rodzinę. Początkowo nie mógł zrozumieć, dlaczego inne kawki boją się jego towarzyszki i nie chcą podlatywać, aby usiąść mi na ramieniu. Z czasem pogodził się z tym jednak i odlatywał coraz dalej, wraz z innymi ptakami. Przylatywał jeszcze od czasu do czasu, żeby mnie odwiedzić i odebrać jakiś smakołyk. Gadał wtedy chrapliwie i bezceremonialnie łaził po mnie, próbując się otrzeć miłośnie. Spotkania te były jednak coraz rzadsze i w końcu ustały. Zresztą, ja również skończyłam staż i wyjechałam w inną część Polski.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Kajtek- kawka z komina

  1. Dobrze że Pani utrwaliła to wzruszające spotkanie. To wielka tajemnica, jak się zwierzęta potrafią zaprzyjaźniać z człowiekiem. Między ich gatunkami chyba nie ma takiego zjawiska.

    • maszynagocha pisze:

      Mimo wszystko myślę, że zwierzęta przeżywają dużo więcej uczuć, niż nam się wydaje. Dochodzi się do takich wniosków, obserwując je przez całe życie. Myślą również więcej, niż nam się wydaje. Zapraszam do przeczytania krótkiego opowiadania o sikorce. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s