Mili, Zębuszka vel Psiuńcia

Pierwszy dzień stycznia 2007 roku był bezśnieżny i mroźny. Słoneczny poranek przeszedł w pochmurne przedpołudnie. Niebo zasnuło się chmurami, ściągając na ziemię ponurą szarość. Wracając po skończonym obrządku zwierzaków, natknęłam się, przed drzwiami domu, na męża. Był zamyślony i właśnie zamierzał wejść na ganek. Wyrwany z tego stanu moim pojawieniem się, spojrzał na mnie, jakoś nie do końca świadomie. „O! Już skończyłaś? Wiesz, przed chwilą wydawało mi się, że widziałem w ogrodzie coś małego, chyba czarnego. Nie wiem, pies, kot. A może wiewiórka? W każdym razie było bardzo małe.” Trzymając już rękę na klamce, rozejrzałam się wokół, ale nie rzuciło mi się w oczy nic godnego uwagi. „Może coś ci się wydawało. A może to jakieś czarne ptaszysko biegało po ogródku w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.” Otworzyłam drzwi i weszliśmy do domu. Rozbierając się oboje myśleliśmy o dziwnym stworzeniu w ogrodzie. Marek wszedł do pokoju i włączył telewizor. Nie dawał za wygraną. „Swoją drogą ciekawe, co tam było. Pewien jestem, że coś się tam kręci.” Rzucił jeszcze, siadając w fotelu. Poszłam do kuchni postawić wodę na herbatę. Mijając kosz na śmieci przypomniałam sobie, że rano zauważyłam, że worek był już pełny. Postawiłam czajnik na ogniu i wyjęłam worek ze śmieciami. Z workiem w ręku ruszyłam do drzwi wyjściowych. Kiedy je otworzyłam i postawiłam stopę na zewnętrznym progu, moją uwagę zwróciła jakaś maleńka, czarna kuleczka na desce progowej, wciśnięta w róg, tuż przy framudze drzwi. Spuściłam wzrok i napotkałam spojrzenie dwóch ogromnych, ledwo mieszczących się w tej kulce oczu, w których widać było głównie białka. Tęczówki, skierowane ku górze, skrywały się do połowy pod powiekami. Była to mikroskopijna psina, niewiele większa od ludzkiej pięści. Około dwumiesięczny szczeniak zastygł w przerażeniu. Zbaraniałam. „Skąd wzięło się w środku lasu to psie niemowlę”. Przebiegło mi przez głowę, jak błyskawica. Odstawiłam worek i podniosłam tę kupkę nieszczęścia. Szczenię drżało z zimna a pewnie i ze strachu i prawie nic nie ważyło, tak było maleńkie. Psinka okazała się suczką. Natychmiast wzięłam ją do mieszkania i położyłam w pokoju na kanapie. Mąż triumfował. „Byłem pewien, że coś widziałem, ale nie przypuszczałem, że jest aż tak maleńkie.” Wcisnęła się w oparcie i obserwowała nas z niepewnością. Miałam trochę rosołu z poprzedniego dnia. Szybko więc zagotowałam na nim kaszkę manną. Wystudziłam i postawiłam szczeniaka przy miseczce. Spojrzała na mnie, machając niepewnie ogonkiem. „Jedz maleńka, to dla ciebie. Dobrze ci zrobi.” Gadałam uspokajająco, głaszcząc ją delikatnie. Powoli głód przemógł strach i psinka bardzo ostrożnie zaczęła chłeptać pachnącą zupkę. Kiedy zjadła wzięłam ją ostrożnie na ręce. Widać posiłek był jej bardzo potrzebny, bo nagle pękły lody i sunia z zapałem zaczęła lizać mnie po twarzy, rozedrgana i szczęśliwa. Wygłaskałam ją, wypieściłam i wyprowadziłam na dwór, na siusiu. Biedactwo wystraszyło się, że znowu zostanie samo na mrozie, ale nie odstępowałam jej na krok i w końcu spacerek zakończył się sukcesem. Wróciłyśmy do domu i maleństwo, położone na kanapie zasnęło głębokim snem po strasznych przeżyciach mijającego dnia. Patrzyliśmy na nią, jak biega przez sen i popiskuje cichutko. Nie mogliśmy zrozumieć, co kieruje ludźmi, kiedy porzucają bezradne i bezbronne szczenię w środku lasu w mroźny dzień zimowy. Niestety w okresie poświątecznym nasila się taki proceder i ilość błąkających się zwierząt domowych wyraźnie rośnie. Często szczeniaczki, kocięta i inne zwierzątka są traktowane jak zabawki i prezentowane dzieciom pod choinkę. Kiedy zaczynają się problemy i okazuje się, że te żywe zabawki mają jakieś potrzeby fizjologiczne, wymagające od właściciela pewnego zachodu, lądują one na ulicy, w lesie czy gdzieś na polu, jak niepotrzebny śmieć. Nasza sunia też prawdopodobnie była takim niefortunnym prezentem pod choinkę. Zabawy świąteczne się skończyły, zaczęły się obowiązki, więc szczeniaka wrzucono do samochodu i wywieziono do lasu, gdzie wylądował sam na mrozie. Taki maleńki pieseczek mógł być rozszarpany przez drapieżnego ptaka, zjedzony przez lisa i każdego drapieżnika. Bezradny, miniaturowy szczeniak nie jest w stanie obronić się przed żadnym z żyjących na wolności drapieżników i nie tylko. Dzik, który natknąłby się na takiego malucha też chętnie by się pożywił. Na szczęście nasza suczka zdążyła trafić do nas, nim zainteresował się nią jakiś zwierzak z okolicy. Daliśmy jej na imię Mili, bo była bardzo milutkim stworzonkiem. Szybko nauczyła się załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne na dworze i była całkowicie niekłopotliwa. Bez problemów dogadywała się z naszymi wszystkimi psami i kotami. Jadła jak wróbelek i chowała się zdrowo. Każdy wołał na nią po swojemu, ale wszystkie te imiona akceptowała i reagowała na nie. Marek nazwał ją Zębuszką. Zawsze miała wysuniętą do przodu żuchwę, przez co z przodu widać jej siekacze, co wygląda dość zabawnie. Stąd wymyślone przez męża imię. W końcu najczęściej używane imię to Psiuńcia. Reaguje na nie radośnie. Jest zresztą bardzo wesolutkim pieskiem. To taki pieseczek „na baterie”. Kiedy wyskakuje do kogoś, kto wraca do domu, tupie łapkami i obraca się w kółko, jakby była nakręcona.  Najwięcej problemów było z końmi. Kiedy wyprowadzało się je na padok, biegała za nimi szczekając ponieważ bardzo chciała być pomocna. Stare klacze tolerowały ją i traktowały z pobłażaniem. Młode niestety nie były już takie łaskawe. Mimo naszych upominań Psiuńcia z trudem trzymała nerwy na wodzy. Aż w końcu pewnego razu nie zdążyła uskoczyć w porę i wierzgająca kobyła trafiła ją końcem kopyta w oko. Nie udało się go uratować i od tej pory nasza psina ma jedno, sprawne oko. Niczego jej to nie nauczyło, nadal chce zaganiać konie i trzeba pilnować, aby przy zaganianiu koni zostawała w domu. Z okiem, czy bez oka, Psiuńcia nadal jest miłym, kochanym psiakiem i ważnym członkiem naszej rodzinki. Mieszka sobie na kanapie, ale bardzo chętnie chodzi na spacery z nami i naszymi znajomymi. Kiedy widzi, że ktoś szykuje się do wyjazdu konno na spacer, jest nie do utrzymania. Musi też iść na spacer razem z jeźdźcami. Trzyma się zdrowo i czeka ją pewnie jeszcze długie życie. A mogłoby jej nie być, gdyby w porę nie trafiła pod nasze drzwi.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Mili, Zębuszka vel Psiuńcia

  1. Angie pisze:

    Jakbym czytała o swoich przeżyciach!
    Ile razy przygarnialiśmy różne , bezdomne , porzucone psiny! Właściwie psy towarzyszą nam od zawsze. Ale udało się też uratować i inne zwierzaki.
    Pisałam trochę o nich; najmilsza i najśmieszniejsza jednak wydaje mi się historia moich uratowanych kociaków , oto ona:
    http://angiewitch.wordpress.com/2012/05/05/5-ty-maja/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s