NOCNE GRZYBOBRANIE

Kiedy zamieszkaliśmy w leśniczówce, odwiedzało nas wiele osób zarówno z rodziny jak i z grona znajomych. Wszyscy chętnie uciekali z miasta na łono dzikiej przyrody. Pewnego lata zawitał do naszej pustelni mój kuzyn z Warszawy. Był to podówczas ciekawy życia, choć powolny młodzieniec, mający wielką skłonność do pakowania się w przedziwne sytuacje. Przyjechał pociągiem, mąż pojechał po niego na stację i do leśniczówki dotarli koło południa. Przywitaliśmy się ciepło i Stefanek zaczął obchodzić wszystko w koło, poznając psy, koty, nawet kury i króliki. „No widzę, że jajek ci u was dostatek.” Żartował, wchodząc do kuchni, gdzie na stole leżały właśnie niedawno przyniesione z kurnika jaja. Siedliśmy w końcu do stołu. „No, ten specjał to pewnie z własnej kury, jak sądzę. Nie, no co ja mówię. Na pewno z własnej. Przepraszam, że wątpiłem. Wiesz Małgosiu, ja to taki głupek z miasta. Nauczony, że wszystko ze sklepu. Tu dopiero zobaczyłem kurnik i te kury.” Dogadywał, co chwilę, pałaszując rosół. Po obiedzie posiedzieliśmy jeszcze trochę przy cieście i kawie. W końcu przeprosiłam towarzystwo, bo musiałam jeszcze przygotować się do wieczornego obrządku w obejściu. Marek ogłosił, że musi jeszcze wpaść do lasu, coś tam posprawdzać ze strażnikami. Wsiadł na motor i pojechał. Nie wiadomo, kiedy zrobiło się późne popołudnie. Stefan nagle postanowił pójść na spacer, podglądać zwierzynę. Wokół śródleśnego pola, nieopodal naszej leśniczówki postawiono, na brzegu lasu kilka ambon dla myśliwych. Tam właśnie chciał się wybrać. Dałam mu markową lornetkę, żeby faktycznie mógł coś zobaczyć, gdyby nadarzyła się okazja. Wyszliśmy przed dom. „Może jakieś kanie znajdę, bo tu u was zawsze ich sporo.” Powiedział, chowając do kieszeni jakąś torebkę foliową. „No, co ty! Nie wygłupiaj się. Na grzyby idzie się rano, a tu już niedługo noc zapadnie. Idź już, bo nic nie zdążysz zobaczyć.” Odpowiedziałam ze śmiechem i wróciłam do domu. Miałam jeszcze trochę do zrobienia przed wieczorem, jak to w małym gospodarstwie. Tu króliki, tam drób a i krówka w obórce. Ciepło i swojsko, ale robota jest. Niebawem mąż wrócił z lasu, gdzie przeglądali ze strażnikami paśniki. Zajęta robotą nawet nie zauważyłam, że zrobiło się bardzo późno. Na dworze już całkiem pociemniało. „A gdzie Stefanek? Co, zmęczył się i poszedł spać?” Zagadnął Marek, chodząc po domu w poszukiwaniu chłopaka. „A jeszcze z tego spaceru nie wrócił. Ale rzeczywiście, toż to przecież już całkiem ciemno. Coś na odchodnym o jakichś kaniach opowiadał. Myślałam, że to żart, ale może faktycznie gdzieś za grzybami się zapędził.” Na głos analizowałam sytuację. „No nie mów, że grzybów szuka po nocy. Swoją drogą może gdzieś zabłądził?” W głosie męża pojawił się niepokój. „Wezmę motor i poszukam go. To mówił, że chce z tych ambon przy polu zwierzaki oglądać? Tam niedaleko są kanie, ale on by pewnie nie znalazł. No nic. Jadę. Obskoczę te wszystkie miejsca, może się znajdzie. Na razie. Lecę.” Wyszedł z domu. Motor zawarczał i po chwili silnik cichł już w oddali. Wzięłam się za kolację. „Na pewno wrócą głodni jak wilki.” Pomyślałam i znowu zajęłam się robotą.

Jechał wolno brzegiem pola. Dobrze znał tu każdą dróżkę, każdy kamień. Światło reflektora omiatało brzeg pola i pnie drzew po drugiej stronie. Zatrzymał się przy pierwszej ambonie. Wszedł na górę, ale nikogo tam nie było. Znowu wsiadł na motor i ruszył dalej. W oddali, na polnej drodze wchodzącej w las błysnęło światło latarki. Podjeżdżając zobaczył dwóch ludzi. Jeden coś gestykulował, jakby tłumacząc. Drugi stał nieruchomo z dubeltówką w rękach. Zbliżywszy się rozpoznał, dobrze nam znanego, strażnika łowieckiego. „Dobry wieczór panie Janicki.” Powiedział na przywitanie, stawiając motor na nóżkach. Mężczyzna z dubeltówką poznał go po głosie i odpowiedział na przywitanie z wyraźną ulgą. „Ach to pan panie Marku. Witam pana. W samą porę. Zna pan tego człowieka? Mówi, że od was. Rodzina czy jak?” Naprzeciwko strażnika stał Stefanek, wyraźnie zadowolony z przyjazdu bliskiej mu osoby. „Tak panie Macieju. To kuzyn mojej żony. Właśnie przyjechał do nas w odwiedziny.”  „No to całe szczęście, bo już myślałem, że to kłusownik. No panie, co miałem myśleć, jak ten mi tu takie rzeczy opowiada.” Mężczyzna zawiesił już dubeltówkę na ramieniu i całkowicie się odprężył. „No ja tylko chciałem pokazać temu panu kanie tam w lesie. W świetle latarki bieli się ich całe pole, między drzewami.” Stefan usiłował gorączkowo wyjaśnić sytuację. „Zaraz, zaraz panowie. O co tu chodzi? Co się stało?” Przybysz próbował uporządkować przebieg zdarzeń. „Czekaj Stefek. Niech pan mówi, panie Janicki. Co się stało?”

    OPOWIEŚĆ STRAŻNIKA

„No panie Marku. Przyszliśmy z panem Janem. Tym z Warszawy, wie pan, zapolować na dziczka. Siedzi tam, na tej drugiej ambonie. Jasno jeszcze było, jak usadziliśmy się na górze i czekamy. Oglądam sobie pole przez lornetkę. Czekamy aż wyjdą dziki. No i patrzę idzie sobie facet. No ten chłopak, znaczy się.” Tu wskazał głową na naszego kuzynka. „No Stefek. Rozumiem.” Marek podsumował krótko dotychczasowy wywód. „No ten właśnie.” Kontynuował mężczyzna. „Idzie, idzie i nagle włazi na tamtą ambonę. Widziałem, że ma ze sobą lornetkę. Obserwuję go więc dalej. Z góry długo oglądał pole przez tę lornetkę. Nie znam człowieka a wiem, że żaden myśliwy, oprócz nas w łowisko się nie zapisał. Że będzie. No to co on tam robił? Patrzę dalej a ten zszedł z ambony i polazł w las. No bratku, myślę sobie, tu cię mam. Jak nic, kłusownik. Pan Jan też widział. Zlazłem ja z naszej ambony i poszedłem za nim. Ciemno już się zrobiło. Idę wolno i nasłuchuję. Ostrożny byłem, bo w tym lesie wspólnika mógł mieć. Na wszelki wypadek broń zdjąłem z ramienia. Dla bezpieczeństwa. Nagle, między drzewami zobaczyłem światło. No ciekawe. Pewnie sidła zakłada na przejściu zwierzyny- pomyślałem sobie. A może coś już ubił i teraz patroszy. Podszedłem bliżej i krzyknąłem z drogi, żeby wyłaził. Ten światło na mnie i zbliża się wielkimi krokami. Pomyślałem, że oślepić mnie chce a drugi z tyłu mnie zajdzie i w łeb. Jeszcze do lasu, tam do środka, chciał mnie wciągnąć, jakieś grzyby pokazać. Panie! Kto uwierzy, że ktoś z latarką po nocy grzyby zbiera.” Przerwał kiwając głową i drapiąc się ręką po włosach pod czapką. „Chciał mnie do tego lasu wciągnąć, żeby mi pokazać, jakie tam kanie rosną. A on, jak mówił, je tam przy latarce zbiera.  No, jak żyję takich bzdur nie słyszałem. Pewien byłem, że kłusownik i w lesie zwierzynę ma zabitą i wspólnika. Panie! Spociłem się jak mysz. Takiego pietra miałem.” Przerwał. „Ja naprawdę grzyby zbierałem. Mam całą torebkę.” Głos Stefana wdarł się w zaległą ciszę.” „No taak.” Marek odezwał się przeciągle, spoglądając to na chłopaka, to na zdesperowanego strażnika. „Ten chłopak to rzeczywiście nasz kuzyn. Wie pan, człowiek z Warszawy. Lasu nie zna. Wieś to dla niego atrakcja. A w dużym mieście dzień czy noc, życie tak samo się toczy. Są sklepy, otwarte całą dobę i zakupy można tam zrobić o każdej porze. Myślał pewnie, że grzyby z lasu można też o każdej porze przynieść. Miastowy.” Marek próbował rzeczowo wyjaśnić sytuację. „Ale żeby grzyby po nocy zbierać, to nigdy nie słyszałem.” Pan Maciej nie dawał za wygraną. Ciągle jeszcze nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego. „Ale teraz to sprawa wyjaśniona. Jak to pana kuzyn z miasta, to wszystko w porządku. Tylko te grzyby to niech lepiej za dnia zbiera. No, to do widzenia.” Wyciągnął rękę na pożegnanie. „Do widzenia i przepraszam za zamieszanie.” Marek uścisnął podaną dłoń i zwrócił się do Stefka. „No to teraz zbieraj się grzybiarzu. Opowieść o twoim grzybobraniu całą okolicę obiegnie. Mamy to, jak w banku. Ale będzie śmiechu. Wsiadaj na motor.” „Zaraz, zaraz. Tylko torbę z grzybami wezmę.” Warszawiak, całkiem nieświadom wywołanego zamieszania, cieszył się swoim łupem, jak dziecko. Motor zawarczał i pojechali.

Zaczęłam się już niepokoić, nie na żarty. Od wyjazdu Marka minęła godzina a chłopaków ani widu, ani słychu. Nakryłam do stołu. Kolacja gotowa, tylko siadać. Na brzegu płyty kuchennej szumiał czajnik z wodą. Kubki do herbaty przygotowane. Nagle suka przed domem rozszczekała się radośnie. Oho! Wracają. Po chwili usłyszałam warkot motoru. Zajechał pod dom i ucichł. Byli obaj. Kamień spadł mi z serca. „Matko kochana! Co wyście robili w tym lesie po nocy? No przecież ponad godzinę ciebie nie było.” Zalałam ich potokiem słów, zwracając się na koniec do męża. „No cóż. Nasz Stefanek zbierał kanie. Zaraz ci wszystko opowiem.” Odpowiedział ze śmiechem, rozbierając się w przedpokoju. „No nie mów! Kanie po nocy?” Rzuciłam ze zdziwieniem i weszliśmy do pokoju. „Siadajmy w końcu do tej kolacji. Idźcie umyć ręce. Raz, dwa.” Zaganiałam towarzystwo do jedzenia. „A do kolacji są jeszcze grzyby.” Kuzynek z radością rozchylił torbę pełną nieszczęsnych kań. „Przyznaj, że nie wierzyłaś, że mogę ich nazbierać wieczorem.” No faktycznie, do głowy by mi to nie przyszło. „No to siadajmy, bo oprócz tego, że jestem głodny, jak wilk, mam ci dużo do opowiedzenia.” Marek wrócił po myciu i zacierał, czyste już ręce, oglądając zastawiony stół. Długo jeszcze siedzieliśmy tej nocy, popijając wino i śmiejąc się z wydarzeń minionego wieczora. W okolicy latami krążyła potem opowieść o kuzynie warszawiaków z leśniczówki, co to na grzyby chodził nocą z latarką.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „NOCNE GRZYBOBRANIE

  1. Navia pisze:

    Świetnie piszesz, super opowieść. Może są jakieś Twoje książki do nabycia 🙂 Pozdrawiam 🙂 I czekam niecierpliwie na dalsze leśne opowieści.

  2. Angie pisze:

    Niezły numer! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s