SREBRNOGRZYWY- trochę inaczej o dzikach

Lepka, mokra wata porannej mgły zaklejała oczy i wciskała się jesiennym chłodem za kołnierz. Któryż to już raz stał pod lasem, na brzegu tych pól w oczekiwaniu na poranny przylot dzikich gęsi? Rozjaśniało się powoli. Jeszcze jeden jesienny dzień budził się ciężko i jakby z niechęcią.„Coś długo ich nie ma”- pomyślał ze znużeniem, podnosząc kołnierz. Nagle, tuż nad nim odezwały się pojedyncze pokrzykiwania ptaków. Były jakby zgłuszone przez gęste od wody powietrze, ale wyraźne i bliskie. Podniósł głowę. Wiedział, że to tylko przednie straże. Reszta nadciągnie za nimi później. Ukazały się przez chwilę i rozpłynęły w mlecznym oparze. Ciągle jednak słyszał ich pokrzykiwania. „Krążą, duża mgła”- ocenił krótko. Biała wata rzedła jednak z każdą chwilą. Robiła się coraz bardziej przezroczysta, jakby do mleka systematycznie, cierpliwie dolewano wody. Wtem powietrze aż zadrżało od krzyków. Leciały. Podniósł lornetkę do oczu. Horyzont jakby się rozdwoił. Ruchome zygzaki gęsich kluczy rosły w oczach. W powietrzu wibrowały niespokojne, tęskne nawoływania. Mgła rozproszyła się, ale powietrze nadal było wilgotne i lepkie. Gęsi przelatywały nad jego głową grupkami, zachowując ustalony porządek. „Będzie z tysiąc sztuk”- pomyślał. Schował lornetkę za pazuchę i zapiął kurtkę. Patrząc pod nogi, ruszył szybkim krokiem w kierunku drogi. Motocykl stał na poboczu. Założył kask i kopnął rozrusznik, ale silnik nie chciał zaskoczyć. Zdarzało się to coraz częściej. Nic dziwnego. Tyle lat służył mu wiernie, dzień za dniem. „Tobie też nie służy ta jesienna aura”- mruknął z rezygnacją. Popchnięty pojazd zawarczał i w chwilę potem powietrze przy polnej drodze przeszywały tylko odgłosy zlatujących gęsi.

=========

Motor warczał ciężko, z trudem łykając wilgotne powietrze. Siedział skulony, wciskając głowę w ramiona jak ślimak, próbując ukryć się przed przejmującym podmuchem. Marzył żeby znaleźć się już w domu. Szklanka gorącej herbaty, pierwsza tego dnia, przydałaby mu się bardzo. Pusta szosa kładła się mokrą wstążką pośród rozległych pól, otoczonych sinym pasmem lasów. Myśli bezwiednie przesuwały się przez zmęczoną głowę. To już szósty rok, jak włóczy się po tych polach. Tropi, dokarmia, organizuje polowania. Bezwiednie skręcił z szosy w leśną drogę. Zwolnił. Motor podskakiwał na wybojach. Korzenie drzew wyszły na wierzch, kładąc się w poprzek drogi. Jeden, drugi zakręt, zaraz minie pole a za nim już dom. Zrobiło mu się ciepło na samą myśl. Nagle odruchowo zahamował gwałtownie. Motor zatrzymał się, ale nie zgasł. Przed nim wyrosła czarna, nieruchoma plama. Duży dzik stał ukosem na drodze, patrząc mu w oczy, niemal ludzkim spojrzeniem. Powoli, cicho, odpychając się nogami, zaczął wycofywać motor, zwiększając dystans. Dzik nie poruszał się.„To chyba duża locha”- pomyślał. „Jeśli młode zostały jeszcze w lesie, nie będzie agresywna. Ale jeśli są już na polu? No. Ciekawe”- ciągnął rozważania, oddalając się ciągle od zwierzaka. Kiedy się zatrzymał, dzieliła ich już spora odległość. Czekał na dalszy rozwój wypadków. Nagle rozległo się fuknięcie i dzik znikł. Ciekawe. Nie pierwszy raz go tu spotykał. Za każdym razem stał dłuższy czas i przyglądał mu się badawczo, po czym znikał tak samo nagle, jak się pojawił. Ruszył znowu i już bez przeszkód dojechał pod leśniczówkę. Podchodząc do drzwi, poklepał łaszącego się psa i wszedł do sieni. Rozbierał się powoli. Zdjął długie, ocieplane kalosze, założył pantofle i przez korytarz wszedł do ciepłej kuchni. „Dzień dobry. Jak tam samopoczucie?”- przywitał żonę z uśmiechem. „No nieźle. Cześć. Jak tam w łowisku? Zaraz podaję herbatę. Chcesz jajecznicę? Jest masę jajek. Kury niosą się jak opętane”- pogadywała kobieta, kręcąc się przy gorącym piecu. Pod blachą buzował ogień. W czajniku woda zaczynała wrzeć. Odsunął drewniane krzesło i usiadł przy stole. „A wiesz, że znowu tego dzika widziałem. Ciekawe. Stał i patrzył na mnie, jak zwykle. Aż dreszcz mi po karku przeleciał. Dziwny jakiś ten zwierzak”- opowiadał w zamyśleniu. Bura kotka z białymi łapkami podeszła do jego nóg z podniesionym ogonem i zaczęła się ocierać o nie miękkim bokiem. Wyciągnął bezwiednie rękę i zaczął ją głaskać po jedwabistym futerku. Poddawała się tym pieszczotom, prężąc grzbiet. Myśl o dziwnym dziku nie dawała mu spokoju. Spotykał go ilekroć wracał z przeglądu łowiska lub z polowania. Prześladował go, jak jakieś fatum. Kotka miauknęła głośno i odskoczyła. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. „A ta, co znowu?”- odezwał się, wyrwany ze swych rozmyślań. „Musiałeś ją za mocno złapać. Czasem całkiem nie masz wyczucia”- gderała żona, obierając ziemniaki. „Może rzeczywiście była to jakaś odruchowa reakcja na te moje wspomnienia”- pomyślał. „No dobra”- odezwał się wstając od stołu. „Idę trochę popracować. Muszę wpisać miejsca dokarmiania. Podliczę też ile karmy mamy na zimę. Może trzeba będzie już coś wywieźć, żeby zatrzymać dziki.” Podszedł do kobiety i pocałował ją w policzek. „Idź, idź. Obiad będzie za jakieś dwie godziny”- zakończyła rozmowę.

Wyszedł. Poczuł się zmęczony. Od ciemnego świtu łaził po polach. Teraz gorąca herbata i ciepło rozmarzyły go. Zrobił się senny. W swoim pokoju wyjął notatki z szuflady biurka i usiadł na kanapie. Zaczął je przeglądać, ale już po dziesięciu minutach spał na dobre.

===========

Stał na granicy gęstego młodnika i wysokiego lasu. Pnie drzew biegły w górę, gdzieś w nieskończoność. Nigdy nie widział tak wysokich drzew. Dziwny jakiś był ten las. Nieruchomy i cichy. Gdzieś niewypowiedzianie daleko w górze, niebo miało kolor nierealnego, zimnego i jednolitego błękitu. Młodnik, przy którym stał był gęsty i ciemny. Próbował przebić wzrokiem ciemność między młodymi świerkami. Miał niemiłe wrażenie, jakby patrzył w czarną nicość. Wzdrygnął się i skierował wzrok na granicę między młodnikiem a lasem. Zimno przeleciało mu po krzyżu. Przed nim stał duży dzik. Był czarny a na kłębie miał długą, srebrzystą grzywę. Patrzył mu w oczy ludzkim wzrokiem. „Co robić”- myśli kłębiły mu się pod czaszką. „Wycofać się, czy schować do młodnika? Może wejść na drzewo? Mają takie dziwnie gładkie pnie.” Był zdezorientowany. „Witaj w moim domu”- głos był niski, lekko schrypnięty, ale przyjazny. Rozejrzał się nerwowo. Nikogo nie było. Tylko duży, srebrnogrzywy  dzik stał przed nim, jak wcześniej. „Jakiś omam, czy co?”- pomyślał. „Czemu się rozglądasz? Przecież się znamy. Chcę ci przedstawić moją rodzinę.” Wokół stały lochy w różnym wieku. Między nimi brykało kilkanaścioro pasiastych warchlaków. „Kiedy one tu przyszły? Skąd się wzięły?”- zastanawiał się zdziwiony. „Te panie to tymczasowo moje żony. U nas, jak wiesz, taki zwyczaj. Nie łączymy się na stałe w pary. W ten sposób możemy przekazać potomstwu najlepsze geny. Ojcem dzieci jest z reguły najsilniejszy i najzdrowszy samiec. W przyszłości zastąpi mnie pewnie młodszy, mocniejszy odyniec. Ale na razie to ja mam tu najwięcej do powiedzenia. Młodziki muszą mi się podporządkować”- srebrnogrzywy skończył i skierował wzrok dalej, ponad lochami. Na obrzeżach stada pojawiły się przelatki i wycinki, młode samce. Przepychały się między sobą, pokwikując co chwilę. „Boże, skąd tyle dzików”- pomyślał człowiek. „Jak widzisz jest nas sporo a to i tak nie wszyscy”- ciągnął swą przemowę dziwny odyniec. „Tamta przemiła loszka, za tobą po prawej. Zginęła zeszłej zimy, na polowaniu pędzonym. Pamiętasz? Rozprowadziłeś myśliwych i stanąłeś na skrzydle. To ten pierwszy strzał, jak tylko naganka ruszyła”- opowiadał czarnuch. „Chyba zwariowałem. To przecież niemożliwe.” Jego myśli latały, jak spłoszone gołębie. Dzik ciągnął dalej. „A tu, z mojej  lewej, ta młoda panienka dopiero niedawno przeszła na tę stronę. To ten niski, gruby facet, którego podprowadzałeś. To on strzelał. Nie trafił za pierwszym razem i powtarzał. Przypomnij sobie. Długo jeszcze szliście potem, po krwawym tropie, zanim udało mu się ją dobić. Tu wszędzie wokół jest dużo takich, co mają podobną historię”- zatoczył gwizdem krąg w powietrzu. Mężczyzna czuł, jak pot występuje mu na czoło i kark. Czuł, że musi coś odpowiedzieć. „Ja…, ja…mam taką…taką mam pracę. To przecież niemożliwe. No…one nie żyją. Padły. Znaczy umarły. Sam odwoziłem do chłodni. Ja, no ja przepraszam, nie wiedziałem. Ja nic nie rozumiem”- zakończył zdezorientowany niecodzienną sytuacją. „Tak, tak”- odpowiedział odyniec. „Wy wszystko chcecie mieć takie uporządkowane i podporządkowane. Hodujecie, kojarzycie, zabijacie i nawet nie jesteście w stanie zrozumieć, jak potwornie zmieniacie ten świat.” Dzik patrzył mu w oczy pełnym żalu, lecz godnym spojrzeniem. „Na  świecie dużo jest jeszcze naszych pobratymców”- ciągnął dalej. „A ileż gatunków już zginęło bezpowrotnie? Zmieniacie warunki, wycinacie lasy, uprawiacie ogromne połacie monokultur. Gdzie różnorodność? Wszystko chcecie mieć poukładane i tylko takie, jakie wam jest potrzebne. A gdzie miejsce dla tych, których nie potrzebujecie? Wszystko tylko dla waszej wygody i rozrywki. Człowiek jest przecież tylko częścią tej wielkiej, ziemskiej rodziny. Jesteśmy sobie wszyscy wzajemnie potrzebni.” Głos mu zmiękł i dalej kończył już ciszej. „I wszyscy musimy pamiętać, co dobre dla ziemi. Dla naszej matki Gai.” Jego niemal ludzkie oczy zaszkliły się. Człowiek stał osłupiały. ”To niemożliwe. To nie mogło mi się zdarzyć.” Myśli kłębiły mu się bezładnie. Któryś z warchlaków, pchnięty przez towarzysza, obił mu się o nogi i odskoczył z kwikiem. Otaczający go krąg dzików zaczął rzednąć. „Do zobaczenia”- czarny odyniec jakby uśmiechnął się blado i znikł. Mężczyzna został sam. Cisza aż dzwoniła w uszach. Las nadal stał nieruchomy. Młodnik czerniał obok. Gdzieś zza lasu zjawił się nagle biały opar i rozlewał się coraz szerzej i szerzej, pochłaniając cały las i podchodząc do młodnika. Nie mógł się ruszyć. Nogi wrastały mu w ziemię, jakby stawał się jednym z tych nieruchomych drzew. „Człowiek jest tylko częścią tej wielkiej, ziemskiej rodziny”- przypomniały mu się słowa srebrnogrzywego. „A może ja powoli staję się drzewem?” Przemknęło mu przez myśl. Był coraz bardziej przerażony. Chciał krzyknąć i poczuł, że coś, czy ktoś zasłania mu usta. Szarpnął się i otworzył oczy. Na wpół leżał na kanapie. Papiery, które miał przejrzeć, zasłaniały mu usta. Usiadł gwałtownie, przetarł oczy i strzepnął głową. „Sen mara, Bóg wiara”- powiedział szeptem, sam do siebie. Zebrał papiery, wstał i położył je na biurku. Obiad pewnie już dawno gotowy- pomyślał i wyszedł do kuchni.

 

===========

 

Słońce stało już wysoko, gdy oboje z żoną skończyli śniadanie. Pogoda poprawiła się zdecydowanie. Deszcz przestał mżyć a promienie słoneczne podkreślały uroki jesieni. „Pojadę do lasu. Chcę sprawdzić przejścia zwierzyny i miejsca dokarmiania”- zwrócił się do żony, odsuwając krzesło. „Nie będę długo. Jeszcze mam sporo roboty koło domu. Drewno jeszcze nie porąbane, to postaram się dzisiaj skończyć.” Pochylił się i kładąc jej rękę na ramieniu, pocałował w czoło. Uśmiechnęła się, spoglądając mu w oczy. „Obiad będzie na drugą. Postaraj się zdążyć”- odpowiedziała. Wyszedł do sieni. Ubrał się i zdjąwszy z wieszaka kask motocyklowy, wyszedł na dwór. Przed domem spojrzał w niebo. „Piękna pogoda”- powiedział do siebie. Wepchnąwszy rękawice pod pachę, założył obiema rękami kask. Idąc do motocykla, zakładał rękawice. Kiedy wsiadał na motor, pies rozszczekał się żałośnie. „Nie płacz. Pilnuj pani”- rzucił w stronę budy i ruszył.

W jesiennym słońcu, cień motocykla podążał za nim, przesuwając się po przydrożnych trawach i zaroślach. Jak na tę porę roku, było dość ciepło. Czuł się dobrze i miał wspaniały nastrój. Jechał starą trasą, jak zwykle sprawdzając znane miejsca. Tu przejścia dzików, tam jelenie wydeptały ścieżkę. Zatrzymał się na leśnym buchtowisku. Zsiadł z motocykla i oparł go o drzewo. Zdejmując rękawice, podszedł do zrytego przez dziki placu. „Mhm…Były tu w nocy. A więc zainteresowały się tą kukurydzą”- mruczał pod nosem, przeglądając zrytą ziemię. Przeszedł na drogę, stanął i długo przyglądał się jakimś śladom. „Tu był duży dzik”- pomyślał. Przypomniał mu się srebrnogrzywy odyniec. „Ech. Senny koszmar”- powiedział sam do siebie i machnął ręką. Zawrócił, wsiadł na motor i odjechał. Pojazd warczał równo, jakby i jemu udzielił się pogodny nastrój. Sprawdził jeszcze dwa miejsca. Wszędzie zwierzęta brały karmę. Zadowolony, skierował się do domu. Pole, leśna droga i zaraz dom. Na drodze zamajaczył duży cień. Zwolnił i zatrzymał się. Przed nim stał duży, prawie czarny dzik z jasną grzywą. Patrzył mu w oczy, niemal ludzkim spojrzeniem. „To jednak nie jest locha”- pomyślał mężczyzna. Stali tak przez chwilę. Nagle dzik znikł tak, jak się pojawił. Motor terkotał miarowo. Człowiek wrzucił bieg i odjechał do domu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „SREBRNOGRZYWY- trochę inaczej o dzikach

  1. Angie pisze:

    Moje okolice to nadodrzańskie lasy i moczary. Kiedyś, chyba wczesną wiosną albo jesienią, w ostatniej chwili zauważyłam we mgle na jezdni stadko dzików- locha i młode. Szły sobie spokojnie przez szosę na drugą stronę pól. Szczęście, że samochód miał ostre hamulce! 🙂

  2. kowaloova pisze:

    A ja Wam zazdroszczę tej przyrody. Owszem, doświadczam jej u siebie, w aglomeracji, ale takiej dziczy zazdroszczę 🙂

    • maszynagocha pisze:

      Dlatego, wiele lat temu zdecydowaliśmy o wyprowadzce z Warszawy.

      • Kowaloova pisze:

        Jak sądzę, decyzja trafiona w 100% 🙂

      • maszynagocha pisze:

        Teraz może trochę trudniej, bo niestety nie jesteśmy już młodzi. Tyle, że nie bardzo wyobrażam sobie powrót do miasta. Tu wychodzę z mieszkania i jestem w lesie a nie na ponurej klatce schodowej a potem na głośnej, zakurzonej ulicy. Przyzwyczaiłam się.

      • Kowaloova pisze:

        Gocha, nie ma co! Latem śpiew ptaków i poranna rosa. Jesienią wszystkie odcienie złota i zachody pod kocykiem z herbatką w ręku. A zimą mróz i czysty śnieg oraz wieczory z grzańcem, który po spacerze przez zaspy jest wielką nagrodą. E… nie myślę o codzienności, pracy i obowiązkach. Pewnie gorzej z zakupami i takie tam. Jednak chyba warto, prawda? 🙂

  3. maszynagocha pisze:

    Tylko dlatego jeszcze ciągle trzymamy się tego lasu. Co ja bym zrobiła ze sobą w dużym mieście? A zakupy zawsze można zrobić na zapas. Jaja własne(że tak powiem), drób własny, warzywa i owoce też, można wytrzymać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s