GAŁGAN

Obrazek

Mirek, nasz przyłatany synek, kolega córki, któremu pomogliśmy troszkę skończyć szkołę i poznać coś nowego w życiu, przywiózł mi pewnego dnia ogromny, biały kłębek wełnianego puchu. Kłębuszek miał trzy kropki: nosek na środku i dwoje ciemnych oczu nad nim. Tak wyglądał nasz owczarek podhalański, kiedy przybył do nas. Miał smutną minkę i popiskiwał cichutko. Drapał się ciągle, ale był jeszcze bardzo malutki i łapki mu się rozjeżdżały. Trzepał głową. Widać było, że wszystko go swędzi i był tym strasznie zmordowany. Obejrzeliśmy go dokładnie, ale żadnych pcheł nie znaleźliśmy. Wybraliśmy się więc do weterynarza. Ten stwierdził, że szczeniak ma jakieś łuszczące uczulenie skóry i przepisał wapno. Nie było jednak żadnej poprawy. Z całego futerka sypały się paprochy ze złuszczonego naskórka. W końcu córka siadła sobie na podłodze w najjaśniejszym miejscu pokoju. Wzięła szczeniaka między nogi i dokładnie, miejsce po miejscu, zaczęła oglądać psie futerko. I nagle okrzyk. „O Boże! On ma wszy. Masę! Takie przezroczyste, tylko oczko mają, jak mikroskopijna, czarna kropeczka. I gnidy na włosach, dlatego takie szorstkie.” Ta wiadomość zelektryzowała mnie i postanowiłam działać natychmiast. Płynnym „śmierdzidłem” na wszy, stosowanym u ludzi, wymazałam całe futro szczeniaka. Nie było to łatwe, bo był bardzo puchaty. Poszły dwie butelki specyfiku. Potem całego szczeniaka włożyłam w worek foliowy i trzymałam ręką wokół nosa, który sam jeden wystawał z tego opakowania. Szczeniak piszczał, próbował się wyrywać, ale wytrzymałam całe 10 minut. Kiedy wyjęłam go z wora, natychmiast wzięłam biedaka do kąpieli. Suszenie suszarką do włosów trwało sporą chwilę, bo nie łatwo wysuszyć takiego futrzaka. Ostatecznie wyglądał jak wielki puszek do pudru, ale przynajmniej się nie drapał. Trochę czasu poświęciłyśmy jeszcze na ściąganie gnid. No cóż, innego wyjścia nie było. Podobny zabieg powtórzyliśmy po dwóch tygodniach i można już było zapomnieć o wszach. Jak się później dowiedziałam, cała rodzina naszego pupila, mama, tata i rodzeństwo, padła wkrótce po naszych zabiegach ze szczeniakiem. Widać wszy je zjadły. A nasz puchatek odzyskał humor i radość życia. Jako psie dziecko był straszną gapą, ale za to wesołą. Ochrzciliśmy go imieniem Gałgan. Kiedy leżał rozciągnięty na podłodze, wyglądał z daleka, jak porzucona, wielka ścierka. Gdy przeprowadzaliśmy się do własnego, zakupionego od PGR-u , miejsca w lesie, owczarek przeprowadził się jako jeden z pierwszych. Wraz z częścią naszych koni i Gałganem do lasu przeniósł się Mirek. I tak nasz puchacz stał się gospodarzem leśnego podwórka. Był to niezwykle przyjazny i pogodny pies. Ten, kto był szczęśliwym posiadaczem owczarka podhalańskiego wie, jak wspaniały charakter mają te stworzenia. Porozumiewanie się z tym psiakiem jest bardzo łatwe, bo on po prostu chce zrozumieć, czego się od niego oczekuje. Zawsze gotów jest do współpracy. Wokół naszego siedliska jest las. Trzy drogi o charakterze duktów leśnych, zamykają tę przestrzeń w trójkącie. Za jedną z dróg i lasem są pola śródleśne. Za nimi znów las a dalej, za zakrętem wieś. Jeden z tamtejszych gospodarzy hoduje bydło mleczne w sporej ilości. Po żniwach zwykle wypuszcza na rżysko swoje jałówki. Grodzi je pastuchem elektrycznym, ale zdarza się nierzadko, że przerywają go i rozłażą się po okolicy. Pewnego razu takie stadko piętnastu sztuk dotarło, przez las, do naszego ogrodu. Przeraziłam się, nie na żarty, że z moich upraw nic nie pozostanie. Piętnaście dwustukilowych bydlaków opędzlowałoby mój ogródek do czysta w mig. Jesienne zbiory stanęły więc pod wielkim znakiem zapytania. I wtedy wpadłam na świetny, jak się okazało, pomysł. Samemu trudno zagonić piętnaście sztuk, rozłażącego się bydła, ale miałam przecież psa pasterskiego. Co owczarek, to owczarek. Przyprowadziłam Gałgana i puściłam go, pokazując mu stado. Był wyraźnie zachwycony perspektywą pracy w zawodzie, do którego się, można powiedzieć, urodził. Ku mojemu zaskoczeniu natychmiast zebrał całe to towarzystwo do kupki, a nigdy nie był przecież szkolony na psa pasterskiego. Pokazałam mu ręką kierunek na las, z którego przyszły jałówki i sama zaczęłam je poganiać w tamtą stronę. Pies w lot zrozumiał, o co chodzi. Poprowadził stado, zaganiając je to z jednej, to z drugiej strony, w kierunku przecinki w lesie. Cała grupa tak się rozpędziła, że już nie za bardzo nadążałam za nimi. Mój owczarek sam przeprowadził jałówki przecinką na pole za lasem. Kiedy dobiegłam w końcu, ledwo dysząc, na pole, pies szczęśliwy i uśmiechnięty obiegł mnie w koło i wrócił żeby dalej pędzić bydło. Odwołałam go, bo dalsze gonienie nie było mi potrzebne. Teraz to już była sprawa właściciela. Wzięłam psa do nogi i ruszyliśmy z powrotem. Przed wejściem w las obejrzałam się za siebie. Jałówki nadal trzymały się w kupce. Uśmiechnęłam się do mojego pupila i poklepałam go serdecznie. „Ale byłeś skuteczny. Nie do wiary.” W odpowiedzi psisko roześmiało się od ucha do ucha i rozmachało się flagą ogona. Ruszyliśmy przecinką do domu. Ogródek został ocalony.

Gałgan był psem przyjaznym i towarzyskim, mimo to budził postrach w okolicy. Na wsi ludzie zwykle boją się dużych psów.  Do naszych koni często przychodziły dzieciaki z okolicznych wsi, żeby pomóc w obrządku i pojeździć. Wyjątkowo wierni byli trzej chłopcy. Bracia: Kacperek i Feluś oraz Antek, który mieszkał w tej samej wsi i przychodził zwykle z nimi. Pewnego jesiennego popołudnia Felek przyjechał sam na rowerze. Mirek przywitał chłopca ze zdziwieniem. „A co ty tak późno i sam. Gdzie chłopaki?” „A nie mogli. Była klasówka i teraz muszą siedzieć w domu, bo starzy kazali im się uczyć.” Chłopak relacjonował wydarzenia dnia, kiwając się z nogi na nogę i uśmiechając się pod nosem. „A ty, co? Taki dobry byłeś?” Nie dawał za wygraną Mirek i pytał dalej. „A bo mnie to się jakoś udało.” Feluś nerwowo wyginał palce u rąk. „Udało ci się, powiadasz. No to idź do stajni, bo dzień krótki. Ja zaraz przyjdę, tylko gaz wyłączę, bo czajnik postawiłem.” Mirek wrócił do mieszkania a chłopaczek radośnie pognał do stajni. Gałgan wiązany był przy stajni, na długim łańcuchu. Mógł zajrzeć do wszystkich wejść stajennych. Czuwał więc nad całością stada. Na noc był odpinany i biegał wolno. Wszystkie nasze dzieciaki znały go dobrze i niejednokrotnie bawiły się z nim przy domu, albo szły razem na spacer. Zawsze jednak miały przed nim jakiś, dziwny respekt. Teraz robiła się już szarówka i Felek wyraźnie zwolnił, zbliżając się do stajni. „Wskoczę szybko w drzwi. Jak już będę w środku, to mnie nie dosięgnie.”  Kombinował podchodząc do budynku i rozglądając się za psem. Ostateczną decyzję podjął nagle i ruszył pędem do skrajnych drzwi stajennych. Przed drzwiami odbił się, skoczył i …. Drzwi od stajni były zamknięte. Były w ciemnym kolorze brązowym. W wieczornej szarówce ciemne wnętrze stajni, czy brązowe drzwi, niewielka różnica. Feluś rozpłaszczył się na drewnianych drzwiach i spłynął na ziemię. Gałgan, zaskoczony tym, co się stało, podszedł do chłopca i zaczął lizać go po twarzy. „Co ty wyprawiasz?! Zwariowałeś? Nic ci nie jest?” Zbliżający się właśnie Mirek zarzucił dzieciaka pytaniami. Podniósł go i zaczął oględziny. „Nic cię nie boli? No dobra, ale po coś ty skakał na te drzwi?” Nadal nie mógł nic zrozumieć. „Myślałem, że jest otwarte. Chciałem szybko, żeby Gałgan nie zdążył dobiec.” Tłumaczył oszołomiony chłopiec. „Ech, ty filozofie. Przecież ten pies cię zna i w życiu nikogo nie ugryzł. Ty, bohater za dychę.” Mirek utyskiwał otwierając, zaatakowane przed chwilą drzwi. Wszedł do środka i zapalił światło. Mały miał otarty nos i nadgarstek, ale uśmiechał się i na szczęście nic mu, poza tym, nie dolegało. Wydarzenie to opowiadano później niejednokrotnie, co zawsze wywoływało salwy śmiechu. Gałgan, przyjacielski, pogodny i wierny pies, budził strach, ale nigdy nie był agresywny. Wychowywał się i żył razem z naszym jack russelem Pipkiem. Ten, jak to terier, był dokuczliwym wiercipiętą i regularnie przeszkadzał owczarkowi na każdym spacerze. Zaczepiał go, warczał, obskakiwał, nie dając mu nawet zaspokoić swoich potrzeb fizjologicznych. Pewnego razu był tak nieznośny, że Gałgan postanowił go przestraszyć. Rzucił się na niego z potwornym bulgotem. Mały znikł pod wielkim, puchatym cielskiem a moja córka, która właśnie z nimi spacerowała, zamarła z przerażenia. „Jak nic, połknął już Pipka i nawet się nie zadławił.” Pomyślała. W tym momencie spod góry białego futra wystrzelił Pipek. Z prędkością dźwięku przeleciał ok. dziesięć metrów i zatrzymał się. Usiadł, przyjął uległą pozę i patrzył. Nie stało się nic. Był cały i zdrowy. A Gałgan śmiał się wesoło do swojej młodszej pani. Miał poczucie humoru. Żył szesnaście lat. Na starość wędrował wokół domu i stajni, spał gdzie chciał. Wolno mu było właściwie wszystko. Bardzo chciał uczestniczyć we wszystkim, choć miał wielkie kłopoty z chodzeniem. Umierać poszedł do lasu. Po prostu zniknął. Obszukaliśmy całą okolicę. Niestety nigdy go nie znaleźliśmy. Nie mogliśmy go nawet pochować. Kilka dni po jego śmierci, zmarł Pipek. Pochowaliśmy go pod jabłonką a na grobie położyliśmy kamień. Nie chciał dalej żyć bez przyjaciela.

Obrazek

Pipek

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „GAŁGAN

  1. Justyna pisze:

    Mój zwierzyniec to sunia Lala i dwa koty . Kocur znajda , który schował sie do rynny przed lisem na mojej działce i kotka- sierotka spadek po zmarlej przyjaciółce.
    Dom bez zwierząt wydaje mi sie niekompletnym , pustym zbyt sterylnym:) takim bez emocji 🙂
    Kiedy moje zwierzaki umierały to czułam to tak jakby ktoś mi bliski odchodził. Płakałam i powtarzałam sobie całkiem bez sensu , bo w to nie wierzyłam , a miało mnie uspokoić
    – to tylko zwierzę …
    ale to nie było tylko zwierzę to był przyjaciel , towarzysz mojej codziennosci , dostarczyciel szczęścia i bezwarunkowej miłości .
    Miłego dnia 🙂 Piekna historia o Gałganie:) wzruszajaca.

  2. Zgrabnie opowiedziane. Potrafisz pisać.

  3. Pani Peonia pisze:

    Cudowna opowieść… Wzruszyła mnie do głębi. Psy jednak trochę przypominają ludzi. Dzięki serdeczne.

  4. Angie pisze:

    I znów coś podobnego; przypomniałaś mi historie moich zwierzaków..
    Tu o jednym z naszych piesków:
    http://angiewitch.wordpress.com/2010/11/20/fafik/

  5. witchcrafty pisze:

    Niesamowite, zupełnie nie mogłam się oderwać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s