FILA- migawki z dzieciństwa pewnej niedźwiedzicy

Obrazek

W czasie studiów wyższych miałam, między innymi, zajęcia fakultatywne z zakresu hodowli zwierząt dzikich w niewoli. Skutkowało to zacieśnieniem kontaktów z warszawskim ogrodem zoologicznym. Bywaliśmy tam często i problemy hodowlane tamże stawały się nam coraz bliższe. Zdarzyło się, że tegoż roku przychówek niedźwiedzi brunatnych osiągnął nieprawdopodobnie wielką liczbę. Nie bardzo wiadomo było, co zrobić z maluchami, zanim przekaże się je do innych ogrodów. Jak było, tak było, dość że ostatecznie trafiła do mnie na wychowanie malutka niedźwiedzica brunatna. Dostałam cały jadłospis dla malucha oraz spis przykazań i wróciłam do domu z niedźwiadkiem. Wspólnie z przyjacielem zajmowaliśmy się moją podopieczną. Miała na imię Fila i wyglądała jak misiek z kreskówek dla dzieci. Odbierałam ją spod Warszawy od pracownika ogrodu. Jechałyśmy pociągiem elektrycznym i początkowo nawet nikt nie zauważył, że brunatna kulka, którą trzymałam na kolanach, to niedźwiadek. Była bardzo spokojna i przysypiała, bujana w rytm ruchu pociągu. Już w Warszawie, tuż przed stacją ktoś zauważył, że to chyba nie piesek i rzucił w senną przestrzeń przedziału podnieconym głosem. „Ojej! A cóż to? Czy to misio, czy niedźwiadek?” To zaskakująco niefortunne pytanie wyrwało mnie brutalnie z zamyślenia. Spojrzałam zdziwionym wzrokiem na zażywną paniusię, trzymającą obiema rękami śmieszną, małą torebeczkę, opartą na ogromnym brzuchu. Pani uśmiechała się słodko do sennego zwierzaka i szczebiotała zaskakująco piskliwym, jak na swą posturę, głosikiem. Przedział ożywił się i kiedy wstałam, zbierając się do wyjścia, wszyscy już chcieli koniecznie dotknąć misia. Szybko salwowałam się ucieczką z Filą w ramionach. Wyskoczywszy na peron pognałam do wyjścia na miasto. Z dworca dotarłyśmy szczęśliwie do domu taksówką. Całą drogę trzymałam miśka za pazuchą, bo pewnie gdyby taksówkarz zobaczył, że wiozę niedźwiadka, nie pozwoliłby mi wejść do środka. Mój chłopak mieszkał w domku jednorodzinnym na Mokotowie i tam Fila prócz domu, miała do dyspozycji także ogródek. I tak rozpoczęła się, można powiedzieć, nasza harówka przy niedźwiedzim dziecku. Są to inteligentne zwierzęta, nieprawdopodobnie ciekawskie, gotowe podjąć każde niemal przedsięwzięcie, aby poznać dokładnie coś, co zwróciło ich uwagę. Jak się wkrótce przekonaliśmy, nasza wychowanka miała klasyczny charakterek niedźwiedzia brunatnego. Była istotą wszędobylską i wścibską, ponadto usiłowała wywierać presję na otoczenie w sytuacjach, w których nie pozwalano jej na działania, na które miała właśnie ochotę. Trzeba ją było trzymać mocno w ryzach, co okazywało się dość trudne, zważywszy jak rozkosznym stworzeniem jest mały niedźwiadek. Początkowo karmienie odbywało się kilka razy dziennie, z butelki ze smokiem. Trzeba było przygotowywać specjalne pójło z odpowiedniego mleka w proszku z dodatkiem cukru, witamin, mikroelementów a z czasem kaszki. Oprócz napoju mlecznego w diecie była marchew tarta z cukrem (potem w kawałkach), jabłko oraz inne dostępne owoce i warzywa. Karmienie butlą było niezwykle stresującym zajęciem. Cała porcja, na jedno karmienie, nie mieściła się w butelce. Trzeba więc było po wypiciu każdej części zabierać butelkę, zdjąć smoczek, wlać pójło, założyć smoka i podać niedźwiadkowi. Wszystko pięknie, tylko, gdy pierwsza porcja się kończyła Fila zaczynała się niepokoić. Na zabranie butelki, dla uzupełnienia zawartości, reagowała bardzo nerwowo, wrzeszcząc i wyrywając się za smokiem. Osoba, która miała wlać mleko, musiała zejść jej z oczu i wykonywać tę czynność w ukryciu. A początkowo miśka wypijała trzy butle. Z czasem, nauczeni doświadczeniem, przygotowywaliśmy kilka butelek z kaszką i trzymaliśmy je, w trakcie karmienia, w pojemniku z ciepłą wodą o odpowiedniej temperaturze. Mimo to i tak moment zabierania pustej, aby zastąpić ją pełną, był bardzo nerwowy i głośny. Niedźwiadek, podobnie jak osobnik dorosły, ma niezwykle ruchliwe wargi. Kiedy jest zdenerwowany lub smutny układa je w ryjek i żałośnie ryczy. W trakcie ssania Filusia pomrukiwała rozkosznie ze szczęścia. Siedziała zwykle na czyichś kolanach, rozkraczona, trzymając butelkę przednimi łapami, jak robi to dziecko. Przy ostatniej porcji, pod koniec picia czuła się najedzona, robiła się bardzo senna i przysypiała przy smoku. Kiedy skończyła zabierało się butelkę a ona robiła ryjek i terkotała jednostajnie, pakując sobie łapę do pyska żeby jeszcze trochę posysać. Po jedzeniu najchętniej układała się na brzuchu, ssąc łapę i rozkosznie pomrukując, póki nie usnęła. Wyglądała wtedy rozbrajająco. Stopy tylnych łap, skierowane ku górze, podobne były do ludzkich. Kiedy już zasnęła, można było zmieniać jej pozycję, nawet przenieść delikatnie. Nie budziła się. Jeśli poruszyło się ją zbyt bezceremonialnie, gwałtownie, budziła się dosłownie na moment, poterkotała chwilkę i zasypiała z powrotem. Kiedy się wyspała, budziła się nagle, ogłaszając, że już jest na chodzie i ruszała na poszukiwanie towarzystwa. Starała się towarzyszyć nam we wszystkim, co nie znaczy, że nie miała własnych pomysłów. W domu był gramofon, który pozostawał w ciągłym użyciu. Zawsze ktoś nastawiał jakąś kolejną płytę. Co by się nie robiło, muzyka zawsze była w tle. Fila wiecznie chciała  być w centrum uwagi. Kiedy byliśmy zajęci, robiła wszystko, aby być naszym jedynym problemem. Nic więc dziwnego, że zajęła się w końcu także gramofonem. Nagła cisza w domu zastanowiła nas i pobiegliśmy wszyscy do pokoju, w którym był adapter. Owszem, płyta się kręciła ,ale na wierzchu, po mistrzowsku, umieszczona była wielka kupa, rozciągana za każdym obrotem przez igłę ramienia gramofonu. Miśka, cała szczęśliwa, cieszyła się przybyciem towarzystwa. Znów byliśmy z nią i o to chodziło. Innym razem, byliśmy jakiś czas zajęci książkami, ale w pewnej chwili zaniepokoiło nas, że jest zbyt cicho, a nasza podopieczna nie daje znać o sobie. Chodziliśmy po domu w poszukiwaniu miśka i nagle na schodach na górze usłyszeliśmy stuknięcie i czyjś krzyk. Znaleźliśmy się tam w mgnieniu oka. Na górce babcia mojego partnera miała swój pokoik. Nikt jej tam nie przeszkadzał i nie dochodziły szumy z reszty domu. Właśnie wchodziła do siebie i była już niedaleko drzwi, kiedy niedźwiedzica, schowana na półce przy schodach, skoczyła jej od tyłu na plecy. Biedna staruszka omal nie wyzionęła ducha, przygnieciona nie tylko nagłym strachem, ale przede wszystkim, puchatym cielskiem. Na szczęście Fila była wtedy jeszcze małym niedźwiadkiem, ale i tak ważyła ok. 20 kg. Od tej pory pilnowało się bardzo, aby nie kręciła się w pobliżu schodów i pokoju starszej pani.   Nasza pupilka piła mleczko z butelki, ale powoli uczyliśmy ją pożywiania się z miski. Podczas takiej nauki robił się istny sajgon. Właziła łapami do środka, rozgrzebywała wszystko i paprała się w żarciu. Przytrzymywana przed miską złościła się bardzo gwałtownie. Jej zachłanność nie pozostawiała miejsca na opanowanie. W trakcie zabiegów z miską najchętniej nabierała sobie kaszy na łapę i zlizywała z przymkniętymi z rozkoszy oczami. Niedźwiedzie to sybaryci, lubią jeść, spać i ogólnie mieć wygodnie. Po takich zajęciach z miską, Fila wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Trzeba ją było umyć, co robiło się w ogródku, przy pomocy węża gumowego. Zabiegi te bardzo lubiła i poddawała się im z lubością. Wysychała potem biegając po słońcu. Nasze psotne stworzenie nie ustawało w zbytkach. Z wielkim ukontentowaniem ogryzała buty, na co nie pozwalaliśmy. Biła się z dywanami i rwała firanki z rozkoszą. Biegała po domu i ogrodzie śmiesznym kurcgalopkiem, zabawnie podrzucając przód. Była stworzeniem wesołym i towarzyskim, ale miała charakterek. Kiedy jej się coś nie podobało, reagowała błyskawicznie i zdecydowanie, robiąc użytek ze swych ostrych, jak szpilki zębów i wcale już nie małych pazurów. Trzeba ją było natychmiast pacyfikować, żeby zrozumiała, że takich zachowań nie tolerujemy. Jej napady złości były nagłe i właściwie bardzo krótkie. W taki kilkusekundowy napad agresji ładowała cały zapas swych sił i możliwości. Nietrudno wyobrazić sobie taki napad u dorosłego niedźwiedzia w zetknięciu z człowiekiem. Jedno machnięcie łapy z kilkunastocentymetrowymi pazurami i skalp zdjęty. Dlatego odradzam zbliżanie się do niedźwiedzia. To naprawdę bardzo niebezpieczne zwierzę, choć wspaniałe. Naszą pupilką trzeba było zajmować się prawie bez przerwy i pilnować na każdym kroku. Dopóki była malutka, chodziliśmy na spacery do parku. Ogromną radością była dla Fili możliwość zabawy z psami. Te jednakże często żywiły spore obawy przed, wcale do psa nie podobnym, stworzeniem. Zdarzały się też na szczęście takie, które niepewnie, co prawda, ale z ciekawości i wrodzonej chęci zabawy, decydowały się na baraszkowanie z tym dziwnym czworonogiem. Nasza miśka często nic sobie nie robiła z przyrodzonej czworonożności, używając do chodzenia jedynie dwóch nóg. Zwykle dezorientowało to psiego towarzysza zabawy. Ale znalazła sobie jednak cierpliwą koleżankę, bardzo piękną, młodą bokserkę. Okazała się ona niezwykle wyrozumiała, pomimo że długie pazury niedźwiadka z pewnością dawały się we znaki, krótko owłosionej skórze psa. Fila była u szczytu szczęścia obskakując biedną suczkę. Przerwanie zabawy potraktowała jako brutalne wtargnięcie w jej świat i wywołała nie małą awanturę. Przechodzące alejką obok dwie starsze panie, wielce się oburzyły. „Jak można tak zwierzę dręczyć. Nigdy nie słyszałam, żeby pies tak ryczał. To trzeba zgłosić do towarzystwa opieki nad zwierzętami!” Parskały oburzone. Szybciutko pożegnałyśmy się z właścicielką ślicznej bokserki i biegiem do domu, żeby jakąś parasolką starszej pani nie oberwać. „A swoją drogą, co by powiedziała jedna z drugą, jakby się bliżej z ząbkami i pazurami naszej Filuni zapoznała?” Pomyślałam sobie z satysfakcją, wiejąc od zrzędzących staruszek. Zanim niedźwiedzica podrosła, trzeba było pilnować, żeby nie wychodziła, między prętami ogrodzenia, z ogrodu na ulicę. Zachwytem reagowała bowiem na bawiące się na zewnątrz dzieciaki. Kilka razy zabieraliśmy ją z nieruchliwej uliczki, gdzie dzieci z radością witały jej pojawienie się. Odwrotnie rodzice. Po drugiej stronie uliczki były bloki mieszkalne. Kiedy na ulicy zjawiła się miśka, wszyscy dorośli, w przeciwieństwie do dzieci, wiali gdzie pieprz rośnie. Swoje pociechy odwoływali dopiero zza węgłów domu, gdzie znaleźli schronienie. Była to dla mnie wielce zabawna obserwacja. To ciekawe, że dzieci różnych gatunków potrafią się ze sobą świetnie porozumieć. Oczywiście zabranie niedźwiadka od grupy dzieciaków, okupione zostało nieziemskim rykiem i wierzganiem. Na szczęście była jeszcze wtedy na tyle mała, że można ją było unieszkodliwić, podnosząc za skórę na grzbiecie. 

Obrazek                              

Tak  transportują maluchy w naturze ich matki. Z czasem głowa tak jej urosła, że nie mieściła się już między prętami, więc przynajmniej ten problem sam się rozwiązał. Z tytułu ryków, jakie wydawała z siebie w chwilach niezadowolenia, kilka razy zjawiała się u nas milicja. Posądzano nas o jakieś niecne praktyki. Wkrótce jednak wszyscy przyzwyczaili się do obecności niedźwiedzia. Oczywiście zanim Fila dojrzała, wróciła do Zoo, przy wtórze szlochów wszystkich bliskich. Była przeznaczona na wymianę z innym ogrodem zoologicznym. Kiedy przyszłam po dwóch dniach, pokazano mi klatkę, w której były młode niedźwiedzie w tym samym wieku, przeznaczone do sprzedania lub na wymianę. W kącie klatki siedział smutny misiek i mruczał żałośnie. To była Fila. Kiedy podeszłam do siatki, przyszła natychmiast. Stanęła na tylnych łapach i oparła się przednimi o siatkę, tuż przy mnie. Zrobiła śliczny, niedźwiedzi ryjek i zaterkotała przyjaźnie. Nie bawiła się z rówieśnikami. Tęskniła, siedząc w rogu niewielkiej klatki. Pocieszałam się myślą, że pójdzie do ogrodu, gdzie będzie miała ładny, duży wybieg i fajnego partnera. Mam nadzieję, że tak się stało.

 Obrazek

Często robiła użytek ze swych ostrych, jak szpilki zębów.

   Obrazek

 Pożywianie się z michy zakończone, teraz pora na prysznic z gumowego węża.    

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „FILA- migawki z dzieciństwa pewnej niedźwiedzicy

  1. No nie… Pojawiają się niedźwiedzie! Pięknie.. Aż boję się zgadywać, o czym napiszesz w kolejnej notce. Oczywiście żartuję. Choć nie zdziwiłbym się, widząc na fotografii krokodyla.
    Misica śliczna.

    • maszynagocha pisze:

      Zwierzęta to mój świat od dzieciństwa. Ku rozpaczy mamy znosiłam do domu różne stwory: myszy, gołębie, koty, psy itd, itp. Tak więc jeśli była szansa na jakikolwiek kontakt z nimi, to nie było możliwe, żebym zrezygnowała. Jako dziewczynka przekonałam nawet opiekuna w Zoo, żeby posadził mnie na słonia. A mieszkaliśmy w centrum Warszawy. Nie dziw się więc….

      • Angie pisze:

        Niesamowita historia z tym wychowywaniem Fili! Ciekawe jak potoczyły się jej losy później.
        My- ja z siostrą- też bez przerwy znosiłyśmy różne zwierzaki do domu, ale z niedźwiadkiem nigdy nie miałyśmy do czynienia! 😉 🙂

  2. Pani Peonia pisze:

    Chyba i ja cos skrobnę o zwierzakach, bo mnie korci…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s