Kosmiczna łąka

Przyszły wielkie zmiany i rozwiązano miejscowy pegeer. Ludzie, którzy przybyli tutaj za pracą zostali, bo gdzie mieliby pójść. Co miesiąc jeździli po zasiłek do niedalekiego miasteczka. Rejestrowali się w Urzędzie Zatrudnienia, ale nikomu nie byli potrzebni. Część z nich uprawiała jeszcze działki, które Agencja Własności Rolnej pozostawiła im w użyczeniu. Czynszu dzierżawnego nie mieliby z czego pokryć. Ziemia dostała się nowym właścicielom, część wydzierżawiono. Pozostało jednak również sporo nieużytków, które powoli  zaczynały się zielenić. Wśród pól rozpościerał się nikomu nie potrzebny szmat ziemi. Znaleźli się jednak tacy, dla których ziemia ta była szansą na rozpoczęcie nowego życia. Wyrosły trawy i zioła. Pojawiły się młode drzewka, brzozy, olchy a nawet kolczaste robinie, zwane potocznie akacjami. Pewnie przyjechały tu na grzbiecie jakiegoś stworzenia, schowane w futrze. Gdzieniegdzie mała siewka sosnowa walczyła o słońce z trawami. Wszystko spieszyło się by zdążyć wyrosnąć przed innymi, zanim zabiorą im światło i zaleją cieniem. Najlepszy dostęp do światła mają zawsze ci, którzy wyrosną szybciej i wyżej. Niektóre młode drzewka po roku miały już ok. pół metra wysokości a w ich małych koronach szumiało coraz więcej liści. Najlepiej radziły sobie trawy. Rozrastały się kostrzewy, tymotki i wyczyńce. Różowiły się wiechy mozgi. Perz kroczył wręcz swymi kłączami, obejmując w posiadanie coraz większą powierzchnię. Szybko rozrastała się koniczyna biała. Posiały się zioła. Taszniki zamydlały swe rany w obronie przed chorobotwórczymi grzybami. Krwawnik rozprzestrzeniał się na wyścigi z perzem. Zające i sarny, zaglądające tu w poszukiwaniu pożywienia, wygryzały trawy, umożliwiając mniej ekspansywnym przybyszom znalezienie  miejsca dla siebie. Pojawiało się coraz więcej i więcej gatunków roślin. Przybywały z wiatrem lub przynosiły je ptaki i owady. Nasiona mniszka, zwanego przez ludzi mleczem, żeglowały uzbrojone w miniaturowy spadochronik, wyrwane przez wiatr z kulistego dmuchawca. Ten desant objął całą łąkę. Wiosną rozprzestrzeniała się żółtą płachtą pośród pól. Na mniej urodzajnych miejscach pojawiły się, przypominające małą choinkę, skrzypy. Niegdyś ich szorstkie w dotyku i szeleszczące na wietrze łodygi, używane były przez ludzi do czyszczenia garnków i szorowania drewnianych podłóg. Dawno już o tym zapomniano. Czasem tylko wykorzystują jego zdolność wzmacniania włosów. Ponad trzysta milionów lat temu ich przodkowie, wielkie, drzewiaste skrzypy porastały ziemię, tworząc gęste lasy. W tych dziwnych, monotonnie zielonych, karbońskich lasach, panowała złowroga cisza. Nie było ptaków, które swym śpiewem rozedrgałyby powietrze. W płytkich wodach plusnęła tylko czasem jakaś przedpotopowa ryba. Wzdłuż brzegów rozlewisk pełzały gigantyczne salamandry a w zaroślach czaiły się ogromne owady. Teraz małe, kilkunastocentymetrowe skrzypy stały sobie szeleszcząc na łące i marzyły o wielkości swych przodków. W zacienionych i mokrych miejscach tej rozwijającej się łąki pokazały się mchy. Utrzymywały się w podłożu swymi delikatnymi chwytnikami. Wystarczało to jednak, by osiąść i zacząć się rozmnażać. Zjawiły się na ziemi przed dinozaurami. Teraz nadal zasiedlały każde dogodne miejsce. Osobniki żeńskie rozsiewały zarodniki, z których wyrastało następne pokolenie mchowych mam i tatusiów. Wiele potrafiły znieść. Nawet, gdy przychodziła susza, gdy skurczyły się i zbrązowiały, robiąc wrażenie całkiem wyschniętych, tliło się w nich życie. Wystarczył pierwszy deszcz, by nocą, pod nieobecność słońca znów stały się świeże. By wróciły do życia i zazieleniły się. W piaszczystych, suchych miejscach wyrastała wysoka, żółto kwitnąca dziewanna. Tu i ówdzie pojawiły się białe stokrotki z żółtym środkiem. Gdzieniegdzie dzika róża wyrastała długimi pędami, bujającymi się na wietrze, obsypując się w porze kwitnienia różowymi, wdzięcznymi kwiatami. Jesienią ubierała się w czerwone owoce, wabiąc ptaki i inne zwierzęta, które pożywiwszy się rozsiewały nasiona dalej i dalej. W ślad za roślinami, przybywać zaczęły także zwierzęta. Masowo osiedlały się tu owady. Mszyce przyleciały, aby skorzystać z roślinnych soków. Za nimi przywędrowały mrówki, zajmujące się z pasją ich hodowlą. Pasły je na różnych roślinach, przenosząc pieczołowicie na nowe pastwiska, gdy w starym miejscu wykorzystały już wszystkie soki. W zamian za opiekę mszyce darzyły swych pasterzy słodkim sokiem. Wydzielały go kroplami, zachłannie spijanymi przez mrówki. Jak wilki za stadem owiec, zjawiły się drapieżne biedronki i śmierdzące pluskwiaki. Im więcej było mszyc tym lepiej powodziło się tym drapieżnikom. Pająki przyleciały z wiatrem na swej długiej, mocnej nici. Czasem niesione nawet kilka kilometrów nad ziemią, spływały na łąkę wprost z nieba. Potem tkały swe sieci, zaczepione gdzieś na trawach lub pędach krzewinek. Cierpliwie czyhały przy tych swoich pułapkach na jakąś nieostrożną muchę. Środowisko łąkowe miało też swych artystów. Koniki polne przybyły zaoferować swe koncerty skrzypcowe. Pocierały wewnętrzną powierzchnią tylnych, długich nóg o sztywną, zewnętrzną krawędź przednich skrzydeł. Latem, od zmierzchu do północy, świetliki, niewielkie chrząszcze nazywane przez ludzi robaczkami świętojańskimi, świeciły latarenkami na swych odwłokach, wabiąc samiczki w miłosnym uniesieniu. One odpowiadały na te zaloty, dając znaki małym światełkiem, choć nie tak jasnym jak u zalotników. Ćmy, także aktywne nocą, zwabiały nad łąkę nietoperze, przeszukujące przestrzeń powietrzną w pogoni za posiłkiem. Nocne motyle nie były całkiem bezbronne. Słysząc ultradźwięki wydawane przez drapieżniki, spadały jak kamień na ziemię, znikając z radarowej mapy nietoperza. Wszyscy krzątali się tu pracowicie. Nornice znosiły do swych norek nasiona życic, owsa głuchego i innych traw. W ziemi, ryjąc długie korytarze dżdżownice trawiły mozolnie wszystkie resztki, użyźniając i wzbogacając podłoże dla nowych użytkowników. Niewątpliwie najpiękniejszymi mieszkańcami tej łąki były motyle. Różnobarwne, jak latające kwiaty. Niektóre na widok zbliżającego się ptaka, rozkładały nagle skrzydła z rysunkiem przypominającym wielkie oczy, próbując odstraszyć lub zdezorientować potencjalnego zabójcę. Przylatywały też najszybsze i najzwrotniejsze z owadzich drapieżników, ważki. Jak drgające klejnoty, siadały na trawach i krzewinkowych gałązkach. Spłoszone, podrywały się nagle i błyskawicznie znikały. Kiedy rozkwitły kwiaty, łąka drżała od basowych pobrzękiwań grubaśnych trzmieli. Założyły kolonię. Ich niemała rodzinka liczyła kilkaset osobników. Przysiadały na kwiatach mleczy lub koniczyny, sięgając swą długą ssawką głęboko do wnętrza rurkowych kwiatków. Razem z motylami mogły korzystać z najgłębiej położonych pokładów nektaru. Dostawały od kwiatów słodki sok a same zbierały pyłek i przenosiły na odnóżach lub odwłoku na inne kwiaty. Dzięki temu roślina mogła wytworzyć nasiona i zapoczątkować wzrost nowych pokoleń. Trzmielowe kuzynki, pszczoły krzątały się pracowicie po całej łące, zbierając nektar i pyłek. Obładowane tymi specjałami wracały do uli gdzie zostawiały swój bagaż i znów wracały do pracy, aż do zmroku. Pewnej wiosny na łąkę przyleciał skowronek. Spodobało mu się i zaprosił swoją towarzyszkę. Zbudowały gniazdo w trawie. Samczyk tak zachwycił się tym miejscem, że całymi dniami wyśpiewywał, siedzącej na jajkach wybrance swoje trele, zawisając wysoko w przestworzach. Łąka tętniła życiem. Zewsząd chętnie przychodziły tu zwierzęta. Mogły się pożywić i leczyć, bo bogata była w rozmaite zioła. Przechodzący tędy ludzie też czuli się dobrze w jej pobliżu. „Spójrz, jak tu pięknie! Ile motyli i kwiatów”-  zachwycała się dziewczyna, idąca na spacer ze swym chłopakiem. „Wiesz, myślę, że zapamiętamy to miejsce na zawsze”- odpowiedział.

  Łazik podskakiwał na wybojach, posuwając się szybko polną drogą i zostawiając za sobą tuman kurzu. Jechał wśród pól uprawnych. Młode zboża zieleniły się po obu stronach drogi. Na skrzyżowaniu skręcił w lewo, wjeżdżając między zboże z jednej a dziką łąkę po drugiej stronie. Samochód zatrzymał się i wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Trzasnęli drzwiami i ruszyli drogą wzdłuż łąki. Szli powoli, rozmawiając. Zeszli z drogi na łąkę i zatrzymali się. „Tak, ten nieużytek to prawdziwy problem”- stwierdził wyższy, ubrany w oliwkowe spodnie i jasno-beżową koszulę, typu  „safari”. Płócienny kapelusz chronił głowę przed słońcem. „To prawda szefie”- potwierdził usłużnie drugi mężczyzna. Był średniego wzrostu, w brudnych, dżinsowych spodniach i kurtce. Na głowie miał czapkę z daszkiem, obróconym na tył głowy. Zwracał się do swego towarzysza z dziwnie przesadną atencją, pochylając się nieco w przód i spoglądając od dołu w twarz swego interlokutora. „Te wszystkie chwasty w zbożach to z tej parszywej łąki. Ile to znowu oprysków trzeba będzie nawalić na pola”- ciągnął dalej, szukając wyraźnie aprobaty w oczach szefa. „Taa… Coś by trzeba z tym zrobić. Pomyślcie o tym Kalisiak”- tu wyższy zwrócił się do swego pracownika.„Koniecznie trzeba coś z tym zrobić”- spojrzał znacząco na Kalisiaka i ruszył z powrotem do stojącego na polnej drodze łazika. Tamten kiwając głową, posłusznie podreptał za nim. Wsiedli. Samochód zawarczał i po chwili, na drodze obok łąki, pozostał tylko obłok kurzu. Skowronek znów wyśpiewywał swoje wysokie trele a pszczoły brzęczały pracowicie. Łąka pyszniła się bogactwem roślin i wiosennych kwiatów. Nie potrzebny nikomu nieużytek przekształcił się w buzujące, tętniące życiem miejsce dla roślin i zwierząt. Dla wszystkich istot, które zechciały tu zajrzeć. Słońce stało wysoko, kiedy od strony wsi nadjechał ciągnik. Minął pole i zatrzymał się na łące. Człowiek, który z niego wysiadł przyglądał się uważnie granicy drogi z nieużytkiem. Był ubrany w brudne, dżinsowe spodnie i kurtkę. Wsiadł do kabiny ciągnika, opuścił mały, jednoskibowy pług i ruszył odkładając skibę wokół łąki. Kiedy zaczęło się zmierzchać, Kalisiak skończył pracę i odjechał do wsi. Wraz z zapadającymi ciemnościami ćmy zaczęły się kręcić nad trawami. Nietoperze przecinały powietrze w pogoni za łupem. Gdzieś w dole jeż ruszył na swoje polowanie. Łąka żyła nocnym życiem. Trzmiele przycupnęły na przymkniętych kwiatach. W nocnym chłodzie nie były ruchliwe, czekały więc nieruchomo na poranne słońce. Od strony wsi niosło się naszczekiwanie stróżujących psów.

Po krótkiej nocy, świt wstawał szybko. Poranna wilgoć ustępowała przed ciepłymi promieniami słońca. Kwiaty zaczęły otwierać się powoli a owady ruszyły do swej brzęczącej krzątaniny. Z oddali narastał warkot silnika. Po chwili na polnej drodze zatrzymał się zdezelowany samochód. Wysiadł mężczyzna w brudnym, dżinsowym ubraniu. Przekroczył zaorany pas i pochylił się nad zeschniętą kępą zeszłorocznych traw. Pozostawał tak przez chwilę, coś tam majstrując. Wstał, przeszedł kawałek dalej i znów kucnął przy zeszłorocznym suszu. Po chwili nad suchymi kępami, przy których się pochylał zaczął pojawiać się gęsty dym. Ogień rozprzestrzeniał się. Wyschnięte, zeszłoroczne pędy roślin zajmowały się jedne od drugich. Gryzący dym rozpełzał się po łące. Skowronek latał nerwowo w górę i w dół. Opadał i podrywał się znowu. Jajka w gnieździe były niemal gotowe do wyklucia. Nie śpiewał już swej szczęśliwej pieśni. Jak tu ochronić młode, gotowe do życia, czekające tylko na swoją chwilę by wybuchnąć radością istnienia? Nornice uciekały wśród traw, chcąc znaleźć się jak najdalej od gryzącego dymu. Mrówki biegały w różnych kierunkach. Niektóre próbowały przenosić swe stada mszyc  w bezpieczne miejsce. Nie znajdując takiego, kręciły się bezradnie w kółko, aż zastygły w bezruchu w gorącym powietrzu. Owady latające zrywały się gremialnie, uciekając i zawracając, bo ogień pełzł ze wszystkich stron. Te, które nie zdążyły uciec wcześniej, leciały na oślep przed siebie a gdy ogień sięgnął im skrzydeł, spadały i płonęły z chrzęstem. Nad otworem w ziemi brzęczała basem chmurka trzmieli. Nie chciały opuścić gniazda, gdzie zapewne niezdolne do ucieczki larwy oczekiwały, aby wyjść na świat. Musiały się jednak pogodzić ze zniszczeniem kolonii. Wszystko trzeba będzie zaczynać od nowa. Trzeba tylko unieść życie. Odfruwały więc, ciężko brzęcząc, jedne po drugich. Łąka powoli zmieniała się z tętniącej życiem doliny szczęśliwego istnienia w czarne pogorzelisko. Nad polami unosiła się szara chmura gęstego dymu. Biła w niebo, jak niemy krzyk rozpaczy. Trzask palących się roślin zastąpił odgłosy życia, brzęczenie owadów i śpiew ptaków. Słońce zbladło, chowając się za chmurą dymu. Paliło się cały dzień. Kiedy zaczęło zmierzchać, na czerniejącej łące błyskały pomarańczowe światełka ogniowych języczków. Dopalało się jeszcze całą noc. Szczekanie wiejskich kundli przebijało głucho przez ścielący się dym. Kiedy wstawał świt, cisza zaległa nad czarnym pogorzeliskiem. Kikuty poopalanych pędów dzikiej róży dyndały żałośnie w podmuchach wiatru, który podnosił z ziemi szary popiół. Wśród spalonej trawy leżały poczerniałe i spękane jajeczka, niedawny powód skowronkowych zachodów. Wśród tych skorupek sterczała sztywno, mała, pisklęca łapka, wypchnięta przez pękniętą skorupkę. Kto zdołał uciec, uniósł życie i mógł mieć nadzieję, że znajdzie dla siebie nowe miejsce. Nie nadawały się jednak do tego uprawne pola, jednorodne monokultury spryskane truciznami przeciw owadom, chwastom i co tam kto jeszcze chciał. Musieli więc szukać dalej i dalej. Gdy zapadła kolejna noc, cisza wręcz przygniatała miejsce po niedawnej łące. Drogą ku pogorzelisku zbliżały się światła rozklekotanego łazika. Podjechał do czerniejącej w świetle powierzchni i stanął. Reflektory zgasły. Ze środka wysiadło dwóch mężczyzn.

„Świetnie! Dobrze poszło. No to mamy spokój z tą łąką”- odezwał się wyższy z nich. „Prosta robota, szefie”- odpowiedział drugi z wyraźnym zadowoleniem w głosie. Ruszyli, posuwając się powoli brzegiem spalonego nieużytku.Nad horyzontem pojawiło się nagle pomarańczowe światło. Potem drugie i trzecie. Ustawiły się w trójkąt równoboczny i na chwilę zastygły w bezruchu. Mężczyźni zatrzymali się i z zaskoczeniem obserwowali w ciszy niecodzienny spektakl. Światła zaczęły się powiększać, jakby te nieziemskie obiekty zbliżały się do obserwatorów. Nagle zjawiło się jeszcze jedno i zaraz potem jeszcze dwa. Te także ustawiły się w trójkąt. Oba trójkąty zbliżały się teraz w absolutnej ciszy. Opadły w dół i zatrzymały się. Po chwili nagle wyskoczyły do góry i zawisły na nieokreślonej wysokości. Światła zaczęły przygasać, po czym rozjarzyły się znowu. Pulsowały. Mężczyźni wycofywali się przyspieszając, w kierunku samochodu. Dziwna eskadra znów opuszczała się powoli. Wskoczyli do łazika, ale samochód odmówił posłuszeństwa. Silnik nie reagował na wysiłki człowieka. Upiorne światła znieruchomiały. Przez chwilę jakby sypały iskrami, po czym maleńkie iskierki, jak stadko świetlików utworzyły wielką elipsę i krążyły wokół tej dziwnej eskadry przez chwilę, aż zgasły. Dwa trójkąty z pomarańczowych świateł uniosły się i odpłynęły znikając tak szybko jak się pojawiły. Ludzie w samochodzie siedzieli bez słowa. W końcu pracownik w dżinsowym ubraniu odezwał się przyciszonym głosem. „To kosmici, szefie. To była kosmiczna łąka.” Drugi bez słowa przekręcił kluczyk. Tym razem samochód zapalił bez oporu. Powoli, nie włączając świateł, wycofał się do skrzyżowania. Tu zapalił światła i skręcił do wsi. „Nie ma łąki, to nie mają tu czego szukać”- rzucił przez zęby i dodał gazu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Kosmiczna łąka

  1. To prawie jak wizja Lucasa.
    A ja uwielbiam czajki wiosną i ich „kiiiwiiittt”…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s