Podrzutki

Obrazek

Obrazek

 Zjawiły się pewnego popołudnia w stercie siana, złożonego w starej oborze. Pierwsza zauważyła je Irka, po powrocie z pracy. Mignęły w światłach reflektorów, wjeżdżającego do obory samochodu. Trudno było uwierzyć w to, co się widzi, bo niby skąd miały się wziąć takie mikrusy. Żadnej starej kotki nie było. Nagle w środku lasu takie maleństwa. Kiedy córka obwieściła nam tę nowinę, byliśmy wszyscy bardzo zaskoczeni. Cały dzień kręcimy się po obejściu. Trudno uwierzyć, że nikt wcześniej nic nie zauważył. „Niemożliwe, nic nie widziałem a przecież niedawno tam byłem. Po drewno.” Mąż nie dawał wiary. „Coś ci się musiało wydawać.” Ciągnął uparcie. Zakręcił się na pięcie i pobiegł sprawdzać. Po dziesięciu minutach wrócił z dwoma czarno-białymi okruszkami. Oczęta miały jeszcze szaroniebieskie. Znaczy otwarte od niedawna. Nie były starsze jak dwa tygodnie. „Boże! Jakie maleństwa. Matki tam na pewno nie było?” Wiek sierotek przeraził mnie. To przecież niemożliwe, żeby same mogły sobie już radzić. Znaczy znowu ktoś podrzucił. Ciągle mamy do czynienia z tym procederem. Koty, psy, a potem szukaj człowieku domu dla niechcianych. Wszystkich nie bylibyśmy w stanie przygarnąć. To właśnie kwestia odpowiedzialności, której niestety wielu ludziom brakuje. Te maluchy były tak młode, że nie można było dać ich nikomu. Trzeba było zastąpić im matkę, a zwykle nikt nie ma ani czasu, ani wiedzy odpowiedniej do takiej roboty. Nalaliśmy na spodeczek ciepłego, koziego mleka. Dostawiliśmy kocięta mordkami do miseczki. Rzuciły się do picia. Włażąc łapkami w mleko zabrały się całkiem sprawnie do chłeptania. „Były w czyimś domu. Umieją już pić z miseczki. Jak to robią, to już inna sprawa, ale umieją. ”Skonstatowałam, patrząc na rozedrgane z podniecenia ciałka.” No cóż, znowu mieliśmy podrzutki. „Nie będzie łatwo.” Irka kiwała głową, patrząc z ponurą miną na sierotki. Kiedy wypiły co mogły, zabrałyśmy się za szczegółowe oglądanie biedaków. Sierść miały szorstką i drapały się, co chwilę, niezdarnie. I cóż się okazało? To, co zawsze. Następne, zawszone zwierzaki. Co ci ludzie robią? Żadne z naszych zwierząt nigdy nie nabawiło się wszy. Te docierały do nas z nowymi żywotnymi. Pchły tak, ciągle się z nimi walczy latem. Kleszcze się zdarzają, ale wszy nigdy. Tak więc wszystko od nowa, jak zawsze. Środek na wszy, worek foliowy, kąpanie i suszenie w końcu. Kociaki pod strumieniem ciepłej wody wyglądały żałośnie. Sprawiały wrażenie jeszcze mniejszych. Poddawały się wszystkim zabiegom bez większych oporów. Jak wysuszyłam pierwszego, oddałam go córce, która z poświęceniem i pełnym zaangażowaniem usuwała gnidy. Było ich tak dużo, że futerko maluszków stało się szorstkie i matowe. Ja w tym czasie wzięłam się za drugiego delikwenta. I znowu smarowanie śmierdzidłem, trzymanie w foliowym worku. Przez 10 minut tylko nosek wystawał z torebki. Na koniec kąpanie i suszenie. No i zdejmowanie gnid, oczywiście. Po zakończeniu wszystkich zabiegów, stworki nareszcie wyglądały jak normalne, kocie dzieciaki. Wtuliły się w siebie i zasnęły na kanapie. Nie musiały się w końcu drapać, spały więc kamiennym snem. Przybierały tak zabawne pozy, że stwierdziliśmy, że to najmilsze kociaki jakie dane nam było widzieć ostatnio. „Słodziaki.” Podsumowała Irka, przyglądając im się z uśmiechem. „No. Cukiereczki.” Dodałam. „To może niech on się nazywa Drops.” Zaproponowała. „No to ona może być Landrynką.” Rzuciłam. „No może być.” Zgodziła się. I tak Dropsik i Landrynka stały się częścią naszej rodzinki. Zabiegi odwszawiające powtórzyłyśmy po ok. dziesięciu dniach i wszyscy zapomnieli o wszach. Kotki rosły zdrowo i wychowały się szczęśliwie. No i w tym roku Landrynka powiła dwoje, łaciatych kociąt. Okociła się na tapczanie, leżąc obok Dropsa. Wspierał ją psychicznie. Kiedy skończyła i kociaki coraz głośniej zaczęły demonstrować swoje niezadowolenie przy utracie sutka, obwąchał całą rodzinkę i wyprowadził się na drugi tapczan. Jak to chłop. Bachory wrzeszczą, to niech się baba martwi. Dropsik już potomstwa nie spłodzi, bo został pozbawiony męskości, ale rodzinką nadal się interesuje.

Obrazek

Pierwszy kotek właśnie się urodził. Obok Drops wspierający Malwinkę.

Obrazek

Świeżo po urodzeniu, maluszek połączony jeszcze pępowiną z matką.

Obrazek

I kto znajdzie 2 małe kotki?

Obrazek

Jesteśmy jeszcze bardzo malutkie.

Obrazek

Mama poszła coś zjeść.

21 lutego zamieściłam dwa opowiadania o naszej pierwszej kotce, jaka zjawiła się u nas po przeprowadzce z Warszawy w lubuskie lasy: Krogulec i kotka oraz Malwinka i inni. Zapraszam do przeczytania.

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Podrzutki

  1. Angie pisze:

    No przecież ten z prawej to mój MILORD! 🙂 😀
    Mieściły się na mojej dłoni i były dosłownie tak ” duże” jak moja dłoń- od nasady kciuka do końca środkowego palca!
    Niestety wszystkie zdjęcia gdzieś..”UCIEKŁY” z aparatu mego syna…Mam tylko kilka niewyraźnych, zrobionych swą starą Nokią:
    http://angiewitch.wordpress.com/2012/05/05/5-ty-maja/

  2. Justyna pisze:

    Też mam koty 🙂 Jeden to Banderas przystojny „brunet” :)) znajda , cała rodzinę zjadł lis , on jeden ocalał bo sie schował w rynnie . Początkowo myślałam ,że to szczur tam siedzi , jak w końcu wyszedł był jednym wielkim nieszczęściem , trochę zajęło mi czasu by go odratować 🙂 Teraz to prawie 12 kg koczilla:)) Misia to kotka – sierotka po zmarłej Przyjaciółce spadek. Rodzina chciała ja wyrzucić i tak trafiła do mnie 🙂
    Mój Banderas bardzo podobny do Dropsa i Milorda:) bo Misia to jest pręgowana 🙂

  3. podzielne pisze:

    Śliczne kociaki. My też (z kocicą) prawdopodobnie oczekujemy młodych, cóż – okaże się za kilka tygodni.

  4. palanee pisze:

    Swoją historią przypomniałaś mi pewne zdarzenie. Gdy miałam 12-13 lat i byłam na spacerze z rodziną, również natrafiliśmy na porzucone stworzątko – tyle że był to malutki piesek, jeszcze ślepy. Wzięliśmy go do domu, bo serce i sumienie nie pozwalało go zostawić, ale niestety udało mu się przetrwać tylko tydzień. Nie był w stanie sam jeść, mleko podawaliśmy mu przez strzykawkę… Do tej pory zastanawiam się, dlaczego ludzie są tak nieodpowiedzialni i porzucają zwierzęta. Decydują się na obowiązek a później od tego obowiązku uciekają.

    • maszynagocha pisze:

      Nie zawsze sami decydują się na ten obowiązek.Bardzo wiele z porzuconych zwierzaków to niefortunne prezenty, na przykład dla dzieci. Dlatego proszę zawsze wszystkich, żeby zwierząt nie traktowali jak podarunki. A jeśli chodzi o pieseczka, to podawałaś mu pewnie mleko krowie a takie maleństwo na krowim mleku ma małą szansę przeżyć, niestety. Pozdrawiam.

      • palanee pisze:

        Niestety nie pamiętam, jakie było to mleko, ale wiem, że rodzice najpierw udali się do weterynarza i ten jakieś zalecenia przekazał, choć już wtedy lekarz stwierdził, że niestety jest tak wycieńczony, że ma niewielkie szanse na przeżycie.
        Nie zawsze sami decydujemy się, ale tak niefortunny prezent powinien być skonsultowany z obdarowanym (co zawsze miało miejsce u mnie w rodzinie).

  5. Pani Peonia pisze:

    U ciebie to się dopiero dzieje. Pełne ręce roboty. Kiedy ty dziewczyno znajdujesz czas na pisanie???

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s