O Wacusiu

Obrazek

         Pewne wydarzenia spowodowały, że przypomniała mi się historia z zamierzchłej przeszłości. Otóż w latach 60-tych, jako nastolatka, jeździłam do stajni rtm T. Jacobsona. Mieściła się ona w tym czasie w Jabłonnie pod Warszawą, w parku nieopodal pałacyku. Za pomoc przy koniach (sprzątanie boksów, obrokowanie, czyszczenie koni, czyszczenie rzędów itd., itp.) mogłam jeździć i korzystać z nieocenionych rad pana Tadeusza. 

           Jak wszystkie dzieci, chodziłam do szkoły. Żeby móc coś zrobić w stajni, zrywałam się rannym świtkiem, jechałam z Warszawy do stajni, robiłam co tam miałam do zrobienia i pędem wracałam do Warszawy, do szkoły. Po lekcjach spieszyłam znów do stajni z radością w sercu, licząc, że wsiądę na konia.

        Pomagałam przygotowywać konie jeźdźcom, odbierałam, poiłam, zamiatałam, żeby wszystko wyglądało jak najładniej. Z czasem lonżowałam konie i objeżdżałam przed jazdą. Nie byłam oczywiście co dzień, bo moim najważniejszym obowiązkiem była nauka i w domu na permanentną obecność w stajni nie było zgody.

          Dużo intensywniej pracowałam, kiedy stajnia, pod wpływem nacisków, przeprowadziła się do Dąbrówki Szlacheckiej, nieco bliżej Warszawy, na tej samej trasie. Początek lat 60-tych to był jeszcze czas, kiedy rekreacyjna jazda konna nie była dobrze widziana przez władze. Traktowano to hobby, jako pozostałość szlacheckich fanaberii, podobnie jak tenis ziemny. Tak więc stajnia rotmistrza również przeżywała różne szykany. Nie była to dla niego nowość, bo od skończenia wojny ciągle borykał się z różnymi przeciwnościami. Był dla ówczesnych władz mocno podejrzanym osobnikiem, głównie ze względu na swoje pochodzenie i historię a do tego uparcie zajmował się końmi. Ale nie o historii rotmistrza Tadeusza Jacobsona chcę tutaj pisać, choć była niezwykle ciekawa. Jej niewielki wycineczek został pokazany w filmie  Zanussiego „Cwał”.

      Chciałam napisać o koniach, a zwłaszcza o srokatym wałaszku, Wacku. Stał w jabłonowskiej stajni na pensjonacie. Jego właścicielka nabyła go w Stadninie Koni w Ochabach, bodajże. Był to konik niezwykle sympatyczny, pogodny i dowcipny. Określenia te mogą dla niektórych brzmieć dziwnie w odniesieniu do konia, ale to szczera prawda.

       Oprócz niego było tam jeszcze niewielkie końskie stadko. Kara folblutka Biutka, skarogniady półkrewek Cefal, niewielka, chodząca inochodem klaczka Donia, kasztanowaty Chalcedon, oraz Sułtan, ujeżdżony wyższą szkołą, koń rotmistrza.

           W tamtejszej stajni zdarzały się różne rzeczy, jako że były naciski, aby ją zlikwidować. A to rzekomo przeszkadzała gościom pałacyku w Jabłonnie. A to konie mogłyby być niebezpieczne dla gości lub gospodarzy zacnej budowli. Dość, że ciągle szukano pretekstu, który mógłby posłużyć do wyrzucenia rotmistrzowych koni. Dokuczano na każdym kroku.

          Pewnego ranka przybyliśmy do stajni a tu kłódki poprzecinane, drzwi rozbite i dwa boksy otwarte a konie na korytarzu. Na szczęście owies był zamknięty w skrzyni, więc konie nie mogły się do niego dobrać i nie skończyło się kolką. Szczęśliwie nigdzie nie poszły. Prawdopodobnie dlatego, że reszta koni była w boksach. Wszystkie te szkody musiały powstać tuż przed naszym przyjściem. Możliwe nawet, że wypłoszyliśmy sprawcę. Najważniejsze, że koniom nic się nie stało. Drzwi się naprawiło, kłódki mieliśmy w zapasie a stajnię i tak się sprzątało.

         Tej nocy w pokoiku, na końcu korytarza stajennego nocowała Krysia. Była stałym pomocnikiem rotmistrza w tym czasie. Na korytarzu stajennym porządku pilnowało ponadto, nasze stado psów: Łatka, Kołnierzyk i Norka. Ta ostatnia była osobistym psem Krysi, która znalazła ją na ulicy, świeżo po oszczenieniu, z wypadniętą macicą, w stanie fatalnym. Psina wyrzucona została przez właściciela i szczeniaków przy niej nie było. Prawdopodobnie utopiono je wcześniej. Można powiedzieć, że Krysia uratowała jej życie a sunia w zamian była do niej bardzo przywiązana. Zresztą wszystkie nasze stajenne psy i koty miały jakieś smutne przejścia za sobą. U nas znajdowały wreszcie spokojną przystań. Mimo, że rotmistrz bronił się przed przyjmowaniem każdego nowego nieszczęśnika, uważając słusznie, że bierze na siebie odpowiedzialność za życie każdego z nich, było ich zawsze niemało. Tak więc tej nocy stajnia była nadzorowana przez Krysię, stado psów i koty. Tej nocy jednakże nie wydarzyło się nic, choć psy podobno poszczekiwały od czasu do czasu. Rano obeszliśmy wszystko dokoła. Było trochę wygniecionej trawy, ale mogły to zrobić psy, więc właściwie nic się nie dowiedzieliśmy. Powoli uspokoiliśmy się i życie toczyło się jak zawsze. Praca w stajni, goście, jazdy, ogólnie bieganie wokół zwierząt i ludzi.

            Pewnego dnia, wczesnym popołudniem ktoś zaczął w parku wykaszać kosą trawę. Nikt z nas nie przywiązywał do tego uwagi. Uznaliśmy, że to normalne czynności pielęgnacyjne. Wcześniej, co prawda, nikt nie przejmował się zbytnio parkową trawą, ale mogło się w końcu zdarzyć, że chcieli mieć wykoszone. Wokół stajni był wygrodzony zielony padok, gdzie puszczało się konie po pracy. Tego popołudnia na trawkę poszedł Wacuś i dwa inne konie.

           Reszta koni miała robotę z gośćmi. Pracowaliśmy prawie do wieczora. W końcu zrobił się spokój, goście powyjeżdżali, stajnie były sprzątnięte i przyszedł czas obroku. Przy drągu od trawiastego wybiegu stały dwa konie. Nie było Wacka. Konie, które przyszły wpuściliśmy do stajni i poszliśmy w trawę szukać naszego srokacza. Gdy tylko wyszliśmy za stajnię, znaleźliśmy go stojącego przy tylnej ścianie budynku stajennego ze spuszczoną głową.

         Kiedy podeszliśmy bliżej, zdrętwieliśmy. Oczom naszym ukazał się przerażający obrazek. Skóra na piersi konia była przecięta na całej szerokości klatki piersiowej. Dolny płat, odgięty od mięśni, tworzył wielką kieszeń, w której zbierała się krew i przelewała przez krawędź, kapiąc na trawę między nogami okaleczonego biedaka. Byliśmy w szoku. Nigdy przedtem, ani później nie widziałam czegoś takiego. Odsłonięte mięśnie i naczynia tętniły życiem. Trzeba było przeprowadzić jakoś konia pod stajnię. Ktoś zaraz pojechał po weterynarza, jakiś zaprzyjaźniony miłośnik naszych koni, który jeszcze nie odjechał do domu. W tamtych czasach o komórkach jeszcze się ludziom nie śniło a telefony mieli nieliczni. Weterynarz zjawił się bardzo szybko, na szczęście. Był oszołomiony. Sądzę, że podobnie jak my, widział takie okaleczenie po raz pierwszy.

-Kto mu to zrobił?- rzucił, spojrzawszy na konia i zabrał się za dokładne oględziny.

-To było bardzo ostre narzędzie. Brzegi rany nie są zbytnio poszarpane.- analizował.

-A czy to mogłaby być kosa?- zapytał rotmistrz, wsuwając rękę pod płócienny kapelusz roboczy i drapiąc się w głowę.

-Mogła być kosa. Z zamachnięcia to i głowę można obciąć, a skórę to na pewno da się przeciąć.

       Lekarz stał przed smętnym Wacusiem i zastanawiał się, jak tu wziąć się do szycia i zaopatrzenia tak rozległej rany. Szczęśliwie nie zostały rozcięte żadne większe naczynia krwionośne, choć ostrze minęło je o włos. Szycie trwało długo, bo też i rozcięcie było potężne. Środek rany zasypano antybiotykiem w proszku, po uprzednim odsączeniu krwi. Na brzegi częściowo założono szwy a na części klamry. Miał również zainstalowany sączek. Na koniec jeszcze raz odkażono szew i podano biedakowi antybiotyk domięśniowo.

        Podczas wszystkich tych zabiegów Wacuś stał spokojnie, jakby rozumiał, że ci ludzie chcą mu pomóc. Zanim odstawiliśmy konia trzeba było wymyślić jakąś osłonę na ranę. W końcu zrobiliśmy coś w rodzaju fartucha zawiązanego na szyi i dołem, między nogami do popręgu.

         Przez najbliższe noce w stajni zawsze ktoś nocował. Długo kurował się nasz Wacuś. Codziennie trzeba było go wyprowadzać na krótkie spacery, które i tak trwały długo. Początkowo nawet w ogóle nie chciał wychodzić. Każdy krok był wymuszany. Lekarz twierdził jednak, że rehabilitacja musi być prowadzona od początku.

        Codziennie oglądaliśmy ranę i odkażaliśmy szwy. Codziennie mocowaliśmy fartuch ochronny, aby gojąca się rana nie była narażona na zabrudzenia lub otarcia. W końcu koń zaczął poruszać się lepiej i powoli otoczenie interesowało go coraz bardziej. W miarę poprawy samopoczucia srokaczowi zaczął mocno przeszkadzać fartuch ochronny. Wobec tego próbował się go pozbyć. Pewnej nocy udało mu się nawet mocno go nadwerężyć i wyrwać jedną klamrę. Szew gojąc się swędział i koń próbował się drapać. Dokonywaliśmy cudów wynalazczości próbując uczynić z fartucha ochronę nie do pokonania. W końcu została podjęta decyzja o zdjęciu osłony, co wyraźnie ucieszyło konia.

           W ciągu całego okresu rekonwalescencji Wacek wychodził tylko na podwóreczko przed stajnią. Czuł się coraz lepiej i tęsknym wzrokiem spoglądał na trawiasty teren poza podwórkiem. Wokół podwórka ciągnął się stary murek, który miejscami mocno był nadjedzony zębem czasu. W tych miejscach najchętniej wystawał Wacuś.

          Aż w końcu pewnego dnia, kiedy grabiłam liście za murkiem, posłyszałam tupnięcie, tętent i poczułam pociągnięcie za luźną patkę przy kurtce. Wacek stał tuż za mną z wesołą miną i skubał mnie, jak zwykle, za naderwaną patkę. Przeskoczył murek dając nam do zrozumienia, że czuje się już całkiem dobrze. To był dzień wielkiej radości w stajni.

Obrazek

Lubiłam siadać na Wacusia, kiedy chodził sobie po podwórku.

Obrazek

Wycinek z namalowanego temperą szkicu, autorstwa rtm T. Jacobsona, z Wackiem skaczącym przez zwalone pnie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

29 odpowiedzi na „O Wacusiu

  1. dorotanna pisze:

    Znów pięknie i poruszająco opowiadasz …

  2. Justyna pisze:

    Boję się koni , ale to piękne zwierzęta 🙂 Strach do koni zaszczepiono mi w wczesnym dzieciństwie , kiedy to będąc na wsi razem z kuzynką wybrałyśmy się do stajni. Miałyśmy około 4-5 lat , nazbierałyśmy naci od marchwi i tym karmiłyśmy konie. Chodząc śmiało wokół nich. Konie z wielka delikatnością skubały od nas nać i w sumie nic się nie działo strasznego do momentu ,aż zobaczyła to ciotka Myszka i wpadła do stajni wyciagnęła mnie i kuzynkę i wymierzyła nam solidnego klapsa.
    Wrzeszcząc i opowiadając co to koń nie może zrobić i że jak jeszcze raz wejdziemy do stajni to ona nam takie da lanie ,że popamiętamy…

    • maszynagocha pisze:

      Przez dłuższy czas zajmowałam się hipoterapią i wiem z doświadczenia, że to dorośli indukują w dzieciakach różne obawy i strachy. A dzieci należy przekonywać do otaczającego świata. Dlatego w kontaktach ze zwierzętami dobrze, jeśli jest jakiś fachowiec, który wie z jakim zwierzakiem, jak.

  3. Ann pisze:

    Sama widzisz, ze ludzie bywają tak okrutni, że trudno to znieść. A konie są naprawdę mądre. jak się z nimi dobrze obchodzić, to odpłacają tym samym. Co najmniej tym samym. Pozdrawiam.

  4. I znów się poplakalam.Wzruszajaca opowieść.

  5. 3fjalla pisze:

    Zawsze podziwiałam relacje przyjacielskie człowiek-zwierzę. To musi być takie wspaniałe 🙂

  6. Koń jest zwierzęciem „męskim”. Konnica, jazda, ułani, orka w polu – to są męskie klimaty. Kobieta na koniu wygląda dziwacznie. A nawet w końskiej stajni widok niewiasty jakoś mnie nie przekonuje. Wyobrażacie sobie karmienie konia z puszki? Jak kota? Puszka kupiona przez paniusię w tesco? Tak… Koń to męska sprawa.

    • maszynagocha pisze:

      Podobnie, jak samochód a jednak kobiety jeżdżą samochodem. Dawniej koń spełniał rolę samochodu i jeździły na nim również kobiety, nie tylko mężczyźni. A że facet jest od roboty fizycznej, to fakt, jest przez naturę odpowiednio wyposażony. Obecni8e w stajni niejednokrotnie kobiety sprawdzają się lepiej, niż mężczyźni. Mają więcej wyczucia. 🙂

    • violamalecka pisze:

      Ech, Katonie… od kilku lat mam do czynienia z końmi,
      od półtora roku mam stajnie na wyciągnięcie ręki
      ale nie zdarzyło mi się widzieć kogokolwiek, kto miałby
      choć zamiar karmić konia z puszki. Paniusie rzadko
      zaglądają do stajni, wolą konie mechaniczne,
      poza tym boja się pobrudzić. Natomiast dziewczyny
      które spotykam na co dzień, czyszczą konie,
      sprzątają stajnie, czasem nieźle upaprane, nie tylko błotem.
      Kiedy jednak wkładają bryczesy i toczki a potem
      ruszają w galop…
      Piękno i gracja… to najodpowiedniejsze słowo by je określić.

  7. Rena Starska pisze:

    Poruszająca serce historia. Dobrze, że Wacuś wydobrzał…

    Dziękuję Małgosiu za opowiadanie.
    Pozdrawiam serdecznie

  8. Jasiek Pizoń pisze:

    Może coś jest ze mną nie tak ale… „Lubiłam siadać na Wacusia, kiedy chodził sobie po podwórku” trochę dwuznacznie brzmi:-)

  9. Angie pisze:

    Moja reakcja była chyba taka sama, jak reakcja Wizji. Wkurzyłam się!
    Dobrze, że miał Was!

  10. Ula Paluch pisze:

    Przepiękna historia pani Małgosiu , aż mi łezka poleciała 🙂 naprawdę wspaniałe!!

  11. Kowaloova pisze:

    Wiesz co Ci powiem MaszynoGocha… masz takie twarde imię blogowe, ale jesteś baaaaaaaaaaardzo delikatna. Czapka z głowy – świetnie opowiadasz 😉

  12. bfcb pisze:

    Brak mi słów. Z wielu powodów. Skrajnych. Pięknie napisane. Wstrząsające okrucieństwo. Dzięki za podzielenie się tą historią. Będę ją pamiętał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s