Niespodziewanie długa wycieczka do Zoo

         Od wczesnych lat dziecięcych fascynowała mnie natura. Miłością bezgraniczną kochałam wszystkie zwierzęta, cały świat ożywiony i nieożywiony, jeśli dotyczył naturalnych wód, kamieni czy wydm. Ku utrapieniu rodziny znosiłam do domu okaleczone gołębie, głodne koty, bezpańskie psy, nawet myszki z pracowni biologicznej. Wszystko, co żyło mogło liczyć na mój zachwyt i współczucie w razie potrzeby.

          W czasach szkolnych obowiązywało mnie bezwarunkowo, przychodzenie do domu zaraz po skończonych lekcjach, o oznaczonej porze. Rodzice znali oczywiście mój rozkład zajęć szkolnych. W pierwszej i drugiej klasie szkoły podstawowej odprowadzano mnie do szkoły i przyprowadzano do domu. W trzeciej klasie udało mi się uzyskać nieco samodzielności i chodziłam już sama, ale godzin powrotów ściśle przestrzegano.

           Ojciec wracał z pracy zwykle przed piątą po południu i wtedy cała rodzina zasiadała do wspólnego obiadu. Przy stole dzieci obowiązywała cisza, zgodnie z zasadą, że „przy stole, jak w kościele”. Pierwsza nakładała sobie mama, potem ojciec a na końcu dzieci. Nie trzeba oczywiście dodawać, że na swoją kolejkę czekały w milczeniu, a o żadnych grymasach nie mogło być mowy. Łokcie trzymało się przy sobie i w żadnym wypadku nie wolno było się podpierać na stole.

          Można było oczywiście poprosić np. o więcej surówki, czy dolewkę kompotu. Trzeba było jednak poczekać aż starsi przestaną rozmawiać, bo absolutnie nie wolno było przerywać starszym w pół zdania. Naturalnie mlaskanie, czy siorbanie było absolutnie niedopuszczalne. Jeśli zdarzyło się coś takiego, mały delikwent natychmiast kurczył się pod gromiącym wzrokiem ojca. No cóż, takie były czasy. Dzieci wychowywano i to nie metodą bezstresową, bynajmniej. Obowiązywały ustalone zasady i drobiazgowe ich przestrzeganie. A zasada przychodzenia do domu natychmiast po skończonych lekcjach, była dla mnie w okresie szkoły podstawowej jedną z najważniejszych. Cały ten wstęp pozwoliłam sobie przedstawić, aby ukazać rzeczywistość, w jakiej zdarzyło mi się złamać tę bezwarunkowo obowiązującą zasadę. A było to tak.

            W czwartej klasie szkoły podstawowej zorganizowano nam wycieczkę do Zoo. Była ona pieczołowicie przygotowana i przy nadzorowaniu dzieciaków zaangażowano spore stadko mamuś i nauczycieli. Trzydziestoosobową klasę należało bowiem przetransportować tramwajem na drugi brzeg Wisły, gdzie na Pradze znajduje się warszawskie Zoo. Nie dziwota więc, że zatrudniono tylu dorosłych. Taką hałastrę, rozbieganą jak stado wróbli, niełatwo upilnować. Szczęśliwie znaleźliśmy się w końcu na miejscu.

          Wyprawa do Zoo była dla mnie zawsze wydarzeniem niezwykle radosnym. Im więcej zwierząt, tym większa radocha. Biegałyśmy od wybiegu do wybiegu, w końcu znalazłyśmy się przy słoniach. Jak się okazało moja przyjaciółka lat dziecięcych Ela, miała w warszawskim Zoo wujka, który był opiekunem słoni tamże. Szczęśliwie był akurat w słoniarni.

            Przywitałyśmy się i Ela uprosiła go, żeby porozmawiał z wychowawczynią, wyjaśnił, że jest wujkiem i zaopiekuje się nami a potem odwiezie do domu. Widać miał człowiek dar przekonywania, bo koniec końców zostałyśmy w Zoo pod jego opieką. Byłam tak zaaferowana możliwością spędzenia kilku godzin w bezpośredniej bliskości słoni, że zapomniałam o bożym świecie.

           Mimo swych 170 cm wzrostu, myślałam i czułam jak dziecko. Byłam tylko dziewczynką z czwartej klasy podstawówki. Gidyja, żyrafa, przyzwyczaiłam się do tych określeń. W grupie rówieśników wystawała drągalowata Małgosia, ponad wszystkimi a wokół reszta dzieci. Nie zostałam potworem, bo w pewnym momencie przestałam rosnąć. Wtedy jednak byłam po prostu gidyją, jak mawiali w rodzinie.

           Te kilka godzin, spędzonych w słoniarni zapamiętałam na całe życie. Ukochanym przez warszawiaków słoniem była wtedy słonica Sonia. Trafiła po wojnie do warszawskiego Zoo z cyrku. Była niezwykle przyjaznym stworzeniem i znała nieprzebraną ilość sztuczek. Samiec, oddzielony od niej grubymi rurami mógł być niebezpieczny i nie wolno było zbliżać się do niego. Sonię pokochałam od razu, miłością wielką, adekwatną do jej rozmiarów. Pozwolono mi siąść na jej ogromnej głowie, tuż za uszami. Podniosła przednią nogę, na którą wgramoliłam się nie bez wysiłku, po czym złapawszy się za wielkie ucho wciągałam się do góry. Nie dałabym jednak rady wleźć na nią gdyby mi nie pomogła swą ruchliwą i mocną trąbą. Po prostu wepchnęła mnie sobie na szyję.

        Siedzenie na słoniu było ogromnym przeżyciem. Czułam się tak, jakbym siadła okrakiem na kalenicy domku rodzinnego, który wyrwał fundamenty i ruszył przed siebie. Opiekun oprowadzał dosiadaną przeze mnie Sonię wokół, a mnie ze szczęścia aż dech zapierało w piersiach. Zsiadałam na ziemię również dzięki uprzejmości słonicy. Noga podjechała do góry, jak winda, a kiedy zsunęłam się na nią, trzymając się ucha, pochyliła się do przodu i zjechałam po nodze na ziemię. Potem było klepanie i marchewka w podzięce.

         Następnym punktem programuObrazek spotkania z Sonią był pokaz sztuczek. Pan wujek wyjaśnił mi jak trzeba egzekwować wykonanie kilku pokazowych sztuczek. Poszliśmy na wybieg z  wiadrem smakołyków i słoniem, próbującym uszczknąć trąbą coś z wiaderka. Tam stanęłam przed nią i zaczęłam pokaz. Wokół wybiegu zebrała się spora grupka ludzi, a ja pękałam z dumy. Taki wielki zwierz wykonywał moje polecenia, potem otwierała swoją paszczuchę, która z dala wydaje się mała, ale wcale taka nie jest. Stając na palcach wkładałam jej do pyska bochenek chleba albo buraka pastewnego. Oszołomiły mnie jej wielkie zęby, które miałam na wyciągnięcie ręki. Dopiero wtedy, kiedy odsunęłam rękę zamykała pysk. To było wprost niesamowite z jak wielką delikatnością postępowała. Po każdej sztuczce zebrany tłumek klaskał a Sonia z wyraźnym zadowoleniem kiwała się z nogi na nogę i machała trąbą. Dobrze wiedziała, że oklaski oznaczają uznanie i sprawiało jej to wyraźną przyjemność. Wkrótce wiaderko opustoszało i pokaz się zakończył. Na koniec publika urządziła owacyjne oklaski. Kłaniałyśmy się obie a mnie aż zatykało ze szczęścia. Po wszystkim koleżanka zrobiła mi zdjęcie aparatem marki Druh. Niestety to, co wyszło tylko udaje zdjęcie. Ale cóż, dla mnie to i tak wspaniałe wspomnienie.

        Ten cudowny dzień dobiegał końca i powoli zaczęło docierać do mnie, że poważnie naruszyłam jedną z podstawowych zasad obowiązujących mnie w domu. Trzeba było zejść z obłoków na ziemię i zmierzyć się z rzeczywistością. Jak wytłumaczyć rodzicom tak późny powrót z wycieczki? Jechałyśmy tramwajem i mój niepokój rósł w miarę zbliżania się do domu. Kiedy wchodziłyśmy na klatkę umówiłyśmy się z Elą, że jak dojdzie na swoje trzecie piętro, klękniemy na wycieraczkach i odmówimy Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario, zanim zapukamy do drzwi. Zanim skończyłam modły drzwi się otworzyły a przede mną stał ojciec. Był jakiś blado-szary. Złapał mnie w ramiona i mocno przycisnął. Zdziwiło mnie, że nic nie mówił, nie krzyczał, żadnych pretensji.

         Za chwilę z kuchni wyszła mama. Spojrzała na mnie i spytała- Dziecko, gdzieś ty była tyle czasu. Tata właśnie szedł na policję. Jak to dobrze, że już jesteś.- Żadnych wymówek. Było mi głupio. Wolałabym żeby była awantura, a tak dużo bardziej czułam niestosowność swojego zachowania.

            Kiedy, jakiś miesiąc później zjawiłam się w warszawskim Zoo, natychmiast pobiegłam do wybiegu dla słoni. Sonia stała przy betonowym pasie z kolcami i machała trąbą patrząc na przechodzących ludzi. Podeszłam i zawołałam ją po imieniu. Ożywiła się, podniosła trąbę w górę i zaryczała. Potem pochyliła się w ukłonie, klękając na jedną przednią nogę. Ja nie miałam jednak jej smakołyków. Wiedziałam, że mnie poznała i pamiętała sztuczki, jakie wtedy wykonywała. Byłam przeszczęśliwa.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

23 odpowiedzi na „Niespodziewanie długa wycieczka do Zoo

  1. dorotanna pisze:

    Wspaniałe wspomnienia: i te o wizycie w Zoo, i te rodzinne również …

  2. Pani odwaga i miłość do zwierząt zostały jednak docenione i wynagrodzone.

  3. Ann pisze:

    Cudne są twoje powroty 🙂

  4. Przygoda na pewno warta wspomnień 🙂 Cieszę się, że jednak zakończona happy endem …

  5. Piękne wspomnienia i ta miłość do zwierząt pozostała 🙂

  6. Małgośka pisze:

    To wielka przygoda, nie tylko ze względu na gabaryty zwierzątka 🙂 Przesyłam Imieninowego buziaka i życzę dobrze.

  7. violamalecka pisze:

    Od razu przypomniała mi się Nel…
    Zawsze jej zazdrościłam… ale nie Stasia,
    tylko jej ukochanego słonia.
    Fantastyczna przygoda, też tak chciałabym. ;-)))

    • maszynagocha pisze:

      I pomyśl jakie wrażenie wywarł kontakt z tym kolosem na małej dziewczynce, jaką byłam. Z radości aż rozrywało mi serce. Tak cudownie przeżywa się różne wydarzenia tylko w dzieciństwie. Sama sobie zazdroszczę.;-)

  8. Pani Peonia pisze:

    Uśmiechnęłaś mnie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s