Prawusek

        Prowadziliśmy, swego czasu, niewielką hodowlę królików. Gros klatek znajdowało się przy jednej ze ścian małej stajenki. Stanowiły piętrową baterię i zakrywały ścianę, na podobieństwo półek na książki.Natomiast większość tego pomieszczenia zajmował spory kojec do wolno-wybiegowego odchowu młodzieży. Kilka klatek było przeznaczonych dla hodowli świnek morskich.Na zewnątrz pomieszczenia, w ogrodzie, stało również trochę klatek na słupach, umieszczonych tak, żeby odchody spadały pod klatki, skąd były regularnie usuwane.

        Niemal codziennie zbiegały się do naszych zwierząt dzieciaki z położonej nieopodal wioski. Rwały zielonkę, znosiły różne obierki i odpady z domowych gospodarstw. Z radością obsługiwały nasze stworki. Hamować trzeba było wręcz ich zapędy do opiekowania się zwierzętami, bo zamęczyłyby je na śmierć. Sporo dzieciaków pochodziło z rodzin wielodzietnych i w domu im się nie przelewało. Nie chodziły na basen, do teatru, nawet na kino brakowało pieniędzy. Przy miejscowym PGR-ze działał jedynie Dom Kultury, gdzie były różne kółka zainteresowań i można było zająć się czymś za darmo (szachy, warcaby, rzeźbienie w mydle, malarstwo itp.).

          U nas natomiast zawsze była masa zwierząt, domowych i dzikich, starych i młodych, no i konie, na których mogli jeździć, również za darmo. Takie Zoo z klubem jeździeckim w jednym. Zdarzało się, że te dzieci, które wykazały się największym zaangażowaniem w opiece nad zwierzętami, dostawały parkę królików lub kurczaki do domu. I wtedy zakładały tam własną hodowlę. Dlatego też wielkie było oczekiwanie na kolejne wykoty. Króliczki odsadzane od matek przenosiły się na początku do własnej klatki a potem do kojca. I wtedy oglądaniu i podziwom nie było końca.

Obrazek                        Większość stajenki zajmował kojec dla młodzieży króliczej.

            Niestety pewnej nocy do królikarni dostała się łasica. Pomordowała świnki morskie. Wlazła do klatek, przeciskając się przez oczka w siatce. Próbowała z królikami w kojcu, ale musiała chyba być niezła walka, bo zastaliśmy potężny rozgardiasz.

         Ostatecznie został poważnie uszkodzony jeden królik. Miał zdartą skórę z głowy. Kawałek pozostały z jednej strony, zwisał wraz z uszami po tej właśnie stronie. Z krwawą czaszką, biedny króliś wyglądał raczej tragicznie. Wszyscy myśleli, że to jego ostatnie chwile. Wzięłam go jednak do domu, odkaziłam ranę i prowizorycznie ściągnęłam nitką brzegi skóry. Brakowało jej trochę, ale zaopatrzyliśmy wszystko najlepiej, jak się dało. Po wszystkim został założony kołnierz, żeby zwierzak nie mógł tego rozdrapać. Dostał również antybiotyk w zastrzyku. Zaczął się czas oczekiwania na reakcję organizmu. Zrobiliśmy, co się dało.

           Czas mijał, a nasz pacjent bynajmniej nie wybierał się na tamten świat. Wyglądało na to, że ma się całkiem nieźle. Mocno główkował natomiast, jakby się pozbyć niewygodnego kołnierza. Zdjęliśmy go zresztą niebawem. Po tych wydarzeniach zamieszkał w kuchni, przy lodówce. Dzieciaki ochrzciły go imieniem Szaruś i odwiedzały regularnie. Szaruś czuł się coraz lepiej. Wkrótce rozległa rana zarosła skórą. Jedynie uszy pozostały po jednej stronie głowy, co wyglądało dość oryginalnie. W związku z tym w domu nazywaliśmy go Prawusek. Dzieciaki jednak tego imienia nie zaakceptowały, więc Prawuskiem był tylko dla nas. Szybko wydobrzał całkowicie i gdyby nie oboje uszu po jednej stronie głowy, nie byłoby śladu po tragicznym wypadku. Wrócił więc do królikarni i stał się ulubieńcem wszystkich. Długo cieszył się wielką sympatią dzieciaków. Zapewne gdyby nie całe to wydarzenie nie stałby się taki popularny i kochany.

ObrazekZamieszkał przy lodówce. Oboje uszu zwisało mu z jednej strony głowy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

19 odpowiedzi na „Prawusek

  1. ugoldenbrown pisze:

    Dramatyczna historia z happy endem:)

  2. Historię opisałaś wspaniale. Z wielka ciekawością przeczytałam..Serdecznie Cie pozdrawiam,pisz bo potrafisz.
    .

  3. violamalecka pisze:

    Jak zwykle… ciekawa opowieść.
    Znalazłam kiedyś w ogrodzie małego zajączka.
    Ledwo zipał, więc zabrałam go do domu.
    Szanse na przetrwanie miał małe.
    Karmiłyśmy go z córką mlekiem ze strzykawki.
    Kiedy dorósł, jego ulubionym zajęciem
    było boksowanie szyb akwarium.
    To dzikie zwierzę, więc wraz z wiosną
    postanowiliśmy wypuścić go na wolność.
    Miałam obiekcje, czy dobrze robię, bałam się
    że inne zające odrzucą naszego.
    Córka powiedziała, że jest szansa, że go przyjmą
    bo była to zajęcza panienka.
    Poszłyśmy na skraj lasu i wypuściłyśmy go
    ale kiedy odchodziłyśmy biegł za nami.
    W końcu po wielu próbach został.
    Co się z nim dalej stało… nie wiem
    ale mam cichą nadzieję, że przetrwał. ;-)))

    • maszynagocha pisze:

      Zające rodzą się w futrze i z oczyma otwartymi, są właściwie samodzielne. Matka nakarmi noworodka i zostawia go w trawie. Po jakimś czasie znów przychodzi go nakarmić i znika, a mały leży zwykle w trawie jak trusia. Tak się dzieje dopóki się trochę nie usamodzielni. Początkowo jednakże leży nieruchomo i udaje, że go nie ma. Dlatego nawet, jak się człowiek natknie na takiego malucha, ten nie będzie uciekał. Po prostu się nie rusza, to jego jedyna obrona. Dzięki za opowieść. 🙂

  4. Angie pisze:

    Niesamowite, że ten maluch przeżył!
    Piękna historia Gosiu! 🙂

  5. Justyna pisze:

    Gosia w końcu cos z Happy endem;)))
    wiesz co jak tak opisujesz co przeżyłaś na skraju lasu 🙂 to zmienia mi się troche obraz sielskości i anielskości:) Ty musisz być silną , odporną i wytrzymałą kobietą a nie żadne „ciuciu ruciu ” w falbanach z filiżanką kakao obchodzącą swój ogród pełen malw 🙂
    Podziwiam Cię.

    • maszynagocha pisze:

      Ha,ha! Te falbany i filiżanka kakao, piękne. Nie powiem, żebym nie była kobietą z krwi i kości, ale ten wizerunek akurat pasuje do mnie, jak kwiatek do kożucha. Chociaż może byłoby fajnie mieć służbę, która by wszystko zrobiła za mnie. Wtedy mogłabym tylko doglądać. Pewnie jednak szybko by mnie to znudziło. 🙂

  6. Asenata pisze:

    Ja kiedyś musiałam małego kotka prawie wyrwać z pyska jakiegoś zwierzaka.Nie wiem dokładnie co to było.

  7. dorotanna pisze:

    Znaczy się, mieliście własnego, prywatnego Królika Uszatka 🙂 Wspaniala historia!

  8. innam pisze:

    Całe szczęście, że króliś przetrwał, dzielny chłop.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s