Cezar

Obrazek

Pewnego dnia w naszej leśniczówce zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się głos siostry męża

–Ratujcie, wyjeżdżamy na miesiąc do Japonii i nie mamy co zrobić z Cezarkiem. Może przechowalibyście go przez ten czas?-

            Szwagier, naukowiec, znany fizyk zajmujący się fizyką ciała stałego, głównie półprzewodnikami (m.in. autor odkrycia międzypasmowych zjawisk magnetooptycznych tamże), został zaproszony do Japonii w celach naukowych. Miał pojechać wraz z żoną, na miesiąc. W domu mieli niemieckiego wyżła szorstkowłosego, powstał więc problem. Pies zaproszenia nie otrzymał, zresztą przewożenie zwierząt na takiej trasie to bardzo skomplikowana sprawa. Cóż było robić? Zgodziliśmy się oczywiście. Po jakimś czasie przyjechali razem z Cezarkiem, który okazał się rozpuszczony do granic przyzwoitości i potężnie zapasiony. Podczas posiłków siedział obok swoich państwa z pyskiem niemal na obrusie i wpatrywał się w potrawy na talerzach. Co jakiś czas dostawał od swojej pańci jakiś kąsek, ze słowami

 –Cezarku, na stole nie można. No masz tu na podłodze. Moje psisko kochane.- Ten przyjmował łaskawie swoją daninę i dalej wlepiał swoje żółtobrązowe ślepia w nasz posiłek.

            Nie byli u nas zbyt częstymi gośćmi, bo i daleko i szwagier był bardzo zajętym człowiekiem. Aby więc uhonorować ich jak najlepiej założyłam całkiem nową pościel, którą przedtem wyprałam i wysuszyłam na wietrze, aby przyjemnie pachniała. Psu przygotowaliśmy specjalne posłanie. Nasze psy sypiały na korytarzu lub na dworze. Wieczorem, kiedy szykowaliśmy się już do snu, psisko, wróciwszy ze spacerku, wpakowało się prosto do łóżka swoich państwa. Podjęłam nieśmiałą próbę przekonania psa, a zwłaszcza jego właścicieli, że dla niego jest przygotowane posłanie i może by tam właśnie spędził noc. Sprawa była jednak beznadziejna.

            -Och nie! Mój biedny Cezarek. Niech już będzie z nami, bo będzie mu smutno.-

Cóż, jak mówią: Gość w dom… Wypranie, opieczętowanej szarymi śladami psich łap, pościeli było potem nie lada wyzwaniem.

Przed wyjazdem szwagierka wręczyła mi miseczkę wielkości dwóch zetkniętych ze sobą dłoni i powiedziała –To jest miska Cezarka. Codziennie zjada taką miskę jedzenia.-

Wyraziłam wątpliwość, czy taka ilość jedzenia wystarczy ponad pięćdziesięciokilogramowemu psu.

–Ależ tak, całkowicie wystarczy- odpowiedziała i ciągnęła dalej z egzaltacją.

–On więcej nie je. Mój kochany Cezarek. Moje maleństwo. Pani bardzo cię kocha. Mój biedny, sam zostaniesz tutaj. Ojej, bo się rozpłaczę – zakończyła wprowadziwszy się w stan rozpoczynający łkanie.

            Cezarek pomachał lekko kikutkiem kurtyzowanego ogona i obwąchał dokładnie panine ręce. Nigdy przecież nie wiadomo, czy nie znajdował się w nich jakiś smakołyk. W końcu, po długich pożegnaniach i ze łzami w oczach, pojechali. Pies nie wydawał się zbyt zmartwiony. Natychmiast rozpoczął działania towarzysko – poznawcze. Gatunek pod tytułem kot był mu znany z własnego domu. Spore zainteresowanie natomiast, budził w nim drób. Zważywszy, że był to pies myśliwski i to głównie do polowań na ptactwo, fakt ten nie zdziwił nas zbytnio. Musieliśmy jednak przetłumaczyć mu jakoś, że to ptactwo było nietykalne. Zajęło to trochę czasu, ale jakoś tam udało się na tyle, że kury przetrwały. Tak czy owak zaczął się czas wspólnej egzystencji. Dla psa czas nauki obowiązujących w naszym stadzie zasad. Zasad współżycia z ludźmi i innymi zwierzakami. Wyżły są dużymi psami i zwłaszcza samce, mają w naturze dążenie do objęcia przywództwa. W naszej społeczności przywództwo należało do ludzi i tego musiał się nauczyć nasz nowy, tymczasowy domownik. Jego właściciele, a zwłaszcza pani, kochali go miłością wielką, ale bezkrytyczną. Właściwie nie obowiązywały go żadne zasady, poza utrzymywaniem porządku w domu, czyli załatwianiem swych potrzeb fizjologicznych na spacerze. Przyzwyczaił się, że w zasadzie do niczego nie musi się dostosowywać i może robić, co chce. W naszym domu zawsze było dużo zwierząt i każdy znał swoje miejsce. Dobrze wiedział, co wolno a czego nie. Po prostu wszyscy razem stanowili zorganizowaną społeczność. Cezarowi zachowania społeczne nie były właściwie znane. Tak więc czekało go sporo nauki w nowym miejscu. Nauki te pobierał zresztą, nie tylko od nas, ale również od żyjących w naszym stadzie zwierząt. Zaczęło się już w dniu wyjazdu szwagrostwa. Posłanie nowego lokatora zostało umieszczone na korytarzu, gdzie miały swoje miejsca również nasze jamniki. Kilka razy doprowadzałam go do jego miejsca i kazałam usiąść. Uciekał natychmiast, próbując wejść do pokoju. Ponieważ drzwi były zamknięte wychodził na dwór i kładł się przed domem obserwując inne psy. Kiedy wieczorem wszyscy zbierali się do spania, zostały zamknięte drzwi wejściowe. Jamniki zajęły swoje miejsca a Cezar wyczaił uchylone drzwi pokoju i ułożył się na wersalce. Kiedy to zauważyłam kazałam mu zejść, wskazując mu jego miejsce. Reakcja psa była agresywna. Opuścił głowę i patrząc na mnie spod oka, zaczął warczeć, ukazując cały garnitur zębów. W tej sytuacji trzeba było reagować błyskawicznie. Złapałam go jedną ręką za skórę na karku a drugą za skórę na zadzie i wyrzuciłam przez drzwi pokoju, prosto na jego posłanie w korytarzu. Uspokoił się natychmiast, patrząc na mnie z bezbrzeżnym zdziwieniem. Prawdopodobnie po raz pierwszy został potraktowany tak stanowczo. Ułożył się na posłaniu i już z niego nie uciekał. Nigdy więcej nie próbował wkładać się w rolę przywódcy naszego stada. Tak więc tego wieczora nauczył się bardzo dużo, poznał swoje miejsce w stadzie i wiedział już, kto tu rządzi.

Obrazek

Cezar z moją córką

            Następnego dnia mąż wziął psa ze sobą w łowisko, żeby pobiegał i mógł dać zagrać swoim instynktom. Cezar wrócił bardzo zadowolony, choć zmachany. Był zapasiony a tusza nie ułatwiała mu biegania i tropienia. Te wyprawy stały się zwyczajem podczas całego miesiąca jego pobytu u nas. Świetnie mu to zrobiło. Nabrał kondycji i prawdziwej sylwetki wyżła.

            Po południu była pora karmienia psów. W tym czasie mieliśmy pięć psów. Na dworze owczarek niemiecki, nocujące w domu trzy jamniki szorstkowłose no i czasowo wyżeł niemiecki szorstkowłosy. Jamniki do jedzenia miały miski ustawiane rzędem pod ścianą korytarza a Cezarowi postawiliśmy garnek z jedzeniem w rogu, niedaleko kuchni. Ogony, jak nazywaliśmy nasze jamniory, dopadły do misek i pochłonęły ich zawartość w błyskawicznym tempie. Wyżeł podszedł do gara, powąchał i nie liznąwszy nawet, odwrócił się i poszedł na posłanie. Na to tylko czekały rzeczone ogony. Niemal znikły w garnku wyjadając w ekspresowym tempie posiłek nowego lokatora.. Kiedy wracały na posłanie, z trudem ciągnęły brzuchy po podłodze. Cezar podszedł raz jeszcze do gara i ze zdumieniem zobaczył, że jest pusty. Tego wieczora poszedł spać na głodniaka. Następnego dnia w porze karmienia jamniki znowu pochłonęły swoje porcje i gotowe były zająć się obiadem Cezara. Ten obwąchał jedzenie, liznął na spróbowanie, ale nadal usiłował się buntować. Obejrzał się jednak za siebie i zobaczył siedzące za nim w rządku jamniki, wpatrzone w jego garnek. Podumał, podumał i położył się przed garnkiem, biorąc go w objęcia przednimi łapami. W tej pozycji spędził jakieś pół godziny, polizując jedzenie od czasu do czasu. Jamniki niezmiennie wpatrywały się w gar, przebierając nerwowo łapami i pomachując ogonami. W końcu Cezar wstał i powoli odszedł na posłanie. Na to tylko czekały ogony. Runęły do gara, opróżniając go w mig. Ciężko wracały na swoje posłania. Kiedy trzeciego dnia porozstawiałam psie żarcie w korytarzu, Cezar nie miał już najmniejszych wątpliwości, co należy robić. Dorwał się do jedzenia i migiem opróżnił, wypełniony w trzech czwartych, pięciolitrowy garnek. Jamniki wciągnęły swoje i siadły szeregiem w poprzek korytarza, przyglądając się z niepokojem, jak wyżeł kończy swój posiłek. Ten skończywszy, obejrzał się za siebie i widząc oczekujące jamniory, znów wsadził łeb w garnek. Dokładnie sprawdził, czy aby nic nie zostało, wylizał ścianki raz jeszcze i w końcu zdecydował się odejść na swoje posłanie. Na to tylko czekały przegubowce. Dopadły gara, liznęły tu i ówdzie i wielce zawiedzione, po kolei odchodziły na posłania. Skończyły się czasy wielkiego żarcia. Znów musiały zadowolić się jedynie swoimi porcjami. I całe szczęście, bo gdyby taka jamniorza prosperity trwała dłużej, to niebawem nie byłyby w stanie poruszać się o własnych siłach. Są to wesołe i ruchliwe pieski, mają jednak ogromne skłonności do zapasania się. W każdym razie od tej pory Cezarek pochłaniał wszystko, co mu podano i to w ilościach dość pokaźnych. Dziwiło mnie, jak to było możliwe, że zgodnie z zapewnieniami szwagierki, psu miała wystarczyć porcyjka w małej miseczce na cały dzień. U nas zjadał gar jedzenia a mimo to pod koniec miesiąca nabrał sportowej sylwetki. Niepotrzebne złogi tłuszczu znikły a kondycji mógł mu pozazdrościć niejeden sportowiec. Faktem jest, że u nas nie był podkarmiany w ciągu dnia. Kiedy ludzie siadali do stołu psy nie miały prawa wstępu do jadalni. Były na korytarzu lub na dworze i dobrze wiedziały, że progu pokoju nie wolno im przekroczyć. Nauczył się tego i Cezar. Powoli stał się dobrze wychowanym psem myśliwskim.

            Kiedy po miesiącu właściciele przyjechali po psa podziwom nie było końca.

– Cezarek, jaki wysportowany. A sylwetka kulturysty.-

Największe zdziwienie wywołał garnek, który  postawiłam z jedzeniem dla wyżła.                 – Ojej, a ten garnek, to dla kogo?- szwagierka patrzyła ogromnymi oczami, obserwując przygotowania do karmienia.

– No, jak to dla kogo? To przecież dla waszego pieska.- odpowiedziałam spokojnie, stawiając gar z zawartością na stałym miejscu.

– No nie opowiadaj, przecież on tego nie zje.- roześmiała się z niedowierzaniem.

– Tak uważasz? To popatrz tylko.-

            Rozstawiwszy michy zawołałam psy do jedzenia. Jak zwykle pochłonęły swoje porcje, a Cezar bynajmniej nie pozostawał w tyle za jamnikami. Szwagrostwo patrzyli wielkimi oczami, jak ich pupil pochłania zawartość gara. Wylizał wszystko do końca i podszedł do nich machając swoim kikutkiem.

– Teraz będzie najlepiej, jak pójdzie na swoje miejsce – powiedziałam, pokazując psu posłanie.

– Ma pełny żołądek i powinien poleżeć, żeby mu się wszystko ułożyło. Potem wszyscy pójdziemy na spacer. A teraz my coś zjedzmy.-

            Wprowadziłam wszystkich do pokoju, gdzie nakryłam już wcześniej do spóźnionego obiadu. Mąż usadzał gości a ja poszłam do kuchni po gorące dania. Po chwili siedzieliśmy wszyscy przy jedzeniu. W trakcie posiłku szwagierka przypomniała sobie nagle swego psa i rozejrzała się niespokojnie.

– A gdzie Cezarek? Gdzie moje kochanie? – pytała, wodząc oczyma po pokoju.

– Teraz my jemy i psy wiedzą, że nie wolno nam przeszkadzać. – odpowiedziałam między jednym kęsem a drugim.

W tym momencie zauważyła psa siedzącego karnie za progiem pokoju. Pies nie miał wątpliwości, gdzie jest jego miejsce, w przeciwieństwie do pani.

– Ojej! Jaki on biedny. Czemu on tam siedzi w korytarzu. Mój biedny Cezarek. Czemu nie przyjdziesz do swojej pani? – rozczulała się patrząc na psa. Ten słysząc słabość w jej głosie,  uniósł się lekko w oczekiwaniu ewentualnego zaproszenia.

– Zostań! – odezwałam się zdecydowanym głosem, spoglądając na psa. Usiadł z powrotem i oblizał się nerwowo.

– Nie rób tego. Nie rób mu wody z mózgu. U nas psy nie siedzą przy stole i to jest dla nich oczywiste. Macie dobrze wychowanego psa. Nie psujcie tego –  tłumaczyłam spokojnie sytuację.

            Aż do wyjazdu użalała się nad swoim pupilem i już wiedziałam, że cała nasza praca pójdzie na marne. Pies znowu będzie rozpuszczony, zapasiony a na starość to on będzie panem domu, nie jego państwo. Nie każdy może być właścicielem psa typu wyżła. Do nich lepiej pasowałby na przykład mops, który potrzebuje dużo ciepła i można go rozpieszczać. Jest to piesek kanapowy. Obawiam się tylko, że karmiąc go przy każdym posiłku, spaśli by go do niemożliwości. Niestety psy te mają tendencje do tycia. Niełatwo jest być panem psa.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

31 odpowiedzi na „Cezar

  1. Miałem psa o takim imieniu, tzn. moi rodzice mieli.

  2. ugoldenbrown pisze:

    Masz rację, nie każdy jest konsekwentny i nie każdy może mieć tak żywiołowego psa, jak wyzeł. Wydaje mi się, że ludzie często nie dobierają sobie zwierząt wg swoich predyspozycji, ale kierują się modą. A ta, jak wiadomo, nie każdemu służy.
    Piękna historia:)

  3. Angie pisze:

    Mieliśmy kiedyś wyżła o gładkiej, lśniącej, ciemnej sierści.Miał na imię Happy, pisałam o nim.
    Pomimo tego, że często chodziliśmy z nim na długie spacery i Happy hasał po lasach i łąkach, był tak niegrzeczny, niewyżyty, że kłopotów z nim było wciąż mnóstwo. Tęsknił za swą panią, moją mamą, która zajęta pracą zawodową, była rzadkim gościem w domu.
    Tak, do wychowywania psa myśliwskiego trzeba mieć i czas, i warunki, dlatego, gdy nadszedł czas kolejnej przeprowadzki w nieznane, Happy zamieszkał na stałe u znajomego leśniczego:)
    Opiszę kiedyś naszego Happy’ego nr II; mieszaniec wyżła i dalmatyńczyka, też ” zaraza” niesamowita. Był z nami przez wiele lat tutaj, w miejscowości, w której osiedliliśmy się i do dziś mieszkamy.Pewnego dnia Happy II uciekł gdzieś w las i już nie wrócił…

  4. KBG pisze:

    Kocham zwierzęta 🙂 i ubóstwiam psy jednak nie wyobrażam sobie abym spała w łóżku z psem. Pies w pościel to dla mnie jakiś koszmar. Może dla tego, ze kocham zwierzęta a nie bakterie. Najwięcej problemów jest z tego powodu, że nie wyznaczamy granic i nie szanujemy innych granic, a to zawsze widać przy zwierzętach i dzieciach. Brak ich prowadzi do przemocy i agresji. Fajnie, że tak super to opisałaś. I masz stado zwierząt, którym fantastycznie zarządzasz 🙂

    • maszynagocha pisze:

      Po prostu wiele osób uważa, że jeżeli kochają zwierzę,to muszą traktować je jak człowieka. Tak nie jest. Zwierzęta są innymi, odrębnymi bytami i trzeba nauczyć się, jakie naprawdę są ich potrzeby. Jeśli uda się nam je zaspokoić, to możemy czuć się miłośnikami zwierzęcia. Po prostu wszystkiego trzeba się nauczyć. Mądrej miłości do zwierząt też. 🙂

  5. Pani Peonia pisze:

    Właściwie zdrowy rozsądek jest potrzebny przy każdym zwierzaku. Żyjąc z ludźmi czasem nieźle się męczą. Uściski!

  6. innam pisze:

    Tak jak nie każdy powinien mieć dzieci, tak samo nie każdy powinien mieć zwierzaki. Ale zdecydowanie wolę sytuację, w której czytam o zbytnim rozpieszczaniu, niż o brutalnym znęcaniu się.

  7. Justyna pisze:

    Mam baseta , kto kiedyś miał baseta wie co to za typ osobowości:))) myślę nawet ,że to taki tester na naszą do zwierząt miłość 😉 Lala jest uparta , „głucha” , słuch odzyskuje kiedy ma na to chęć , powolna gdy nie trzeba , szybka dokładnie tak samo w najmniej odpowiednich momentach , sprytna choc udaje ,że myślenie ją boli :))) ale kocham ją , zapewne miłością głupia , bo śpi ze mną , nigdy nie dostała w pupę i wybaczane jej sa wszelkie przewinienia… bo jak tak na mnie popatrzy tymi swoimi ślepiami :))) Gosiu sama wiesz zreszta 🙂

    • maszynagocha pisze:

      Taaa… Basset- pies z rodzaju rozbrajaczy. Te ślepia…Ale tak naprawdę jest to pies myśliwski i to gończy, choć nie wygląda. Jak większość psów myśliwskich wymaga ułożenia i konsekwentnego przestrzegania ustalonych zasad. Instynkt łowiecki u tych psów jest bardzo silny. Gotowe są mordować wszystko, co się rusza. Jeśli jest nie wyszkolony, nie można go odwołać i może się źle skończyć. Nieszkolone, im starsze, tym bardziej niezależne i trudne do opanowania. Możesz jeszcze mieć z nią niemałe kłopoty. 🙂

  8. Asenata pisze:

    Niełatwo być panem psa-to prawda.Jeden z moich psów-pekińczyk-robi co chce.A ja nie mam silnej woli,żeby mu przypominać,że on psem jest i nie na wszystko mu wolno

    • maszynagocha pisze:

      No cóż, to piesek do kochania. Ważne tylko, żeby wiedział kto dowodzi jego stadem. Ty jesteś przywódcą w stadzie swoich zwierząt. Pozdrawiam Ciebie i pekińczyka. 🙂

    • Wizja pisze:

      Niełatwo też być panem – pinczera karłowatego BO ON uznaje tylko panie. Sypiał ze mną / o zgrozo/ i warczał nawet na moje dzieci -gdy zbyt energicznie do mnie podchodziły. O roli męża w tym trójkącie nawet nie warto wspominać.

      • maszynagocha pisze:

        Tu sprawa podobna, jak z terierami. Pinczer to też mały pies, który myśli, że jest wielki. One też wymagają konsekwencji, bo mogą być poważne problemy. 😉

  9. kronikaszopa pisze:

    Wspaniale się czytało, jak zwykle. Tęskniłam bardzo.

  10. Małgośka pisze:

    Zdecydowanie rozpieszczam swoje zwierzaki i dobrze mi z tym. One też wyglądają na zadowolone, więc trzeba uznać, że są są różne szkoły. Właściciele podobno różnią się tylko tym, że jedni się przyznają do spania ze swoim pupilem, a inni nie. No i niech tak zostanie, a wszystkim czyta się świetnie Twego bloga Małgosiu – Ty Nasz Przywódco stada czytelniczego. 🙂

  11. Kiedy po sześciu tygodniach wróciliśmy z Japonii i pojechaliśmy wraz z żoną odebrać Cezara przez całą drogę zastanawialiśmy się czy nas pozna i jak nas powita. Już z daleka zauważyliśmy go koło domu. Zatrzymałem auto w odległości ok 50 metrów i wysiedliśmy. Cezar zatrzymał się, popatrzył w naszą stronę i po chwili zaczął się oddalać, Żona zagwizdała i na ten charakterystyczny dźwięk zatrzymał się ponownie, popatrzył jeszcze raz uważnie w naszą stronę i po chwili popędził w naszą stronę skacząc na przemian to na mnie to na swoją ukochaną panią. Jak po dłuższej chwili uznał, że już dostatecznie wyraził nam swoją radość i uczucie podszedł do bagażnika samochodu z wyraźną prośbą o jego otwarcie. Wiedział, że w bagażniku wożę strzelby i wkrótce będzie wielka radocha to znaczy polowanie. Poszliśmy już razem do domu przywitać się z gospodarzami. Cezar zatrzymał się na progu i nie wszedł na pokoje. Jak już przydzielono nam pokój stał biedny ciągle na progu patrząc żałośnie w naszą stronę. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem ” Cezar do nogi’ .Ten ku zgorszeniu gospodyni wpadł do pokoju, skoczył radośnie na mnie a po chwili zwalił się na łóżku koło swojej pani. I w ten sposób sześciotygodniowe szkolenie Cezara poszło w zapomnienie. Po prostu wybrał bardziej odpowiadający mu sposób życia.
    Cezar odszedł od nas w wieku 9 lat po rocznej ciężkiej chorobie nowotworowej. Medycyna była bezsilna. Podejrzewamy ,że był tu skutek Czarnobyla. Prawdopodobnie biegając ciągle z nosem przy ziemi wciągnął jakiś radioaktywny paproch, Był to nasz pierwszy i ostatni pies a rozstanie z nim było ciężkim przeżyciem. Od tamtej pory w naszym domu są już tylko koty a Cezarowi już dawno wybaczyłem, że wygryzł mnie z łoża małżeńskiego.

  12. Małgośka Kriews pisze:

    Jestem doświadczoną kobietą i wiem, że z tym spaniem bywa różnie. Sypia się ze współmałżonkiem i z ….. psem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s