Gaweł

Dołączył do naszego stada w czasie, gdy w domu nie było jeszcze zbyt wiele zwierząt. Pierwsza zjawiła się koteczka Malwinka. Potem czarna, podpalana wilczyca Zaga. Był to skrót od imienia Zagryziakowa, poręczniejszy w użyciu. Poza tym społeczność naszą uzupełniały kury, króliki i zawsze obecne myszy. Gaweł stał się kolejnym mieszkańcem naszej leśniczówki. A było to tak.

            Pewnego dnia zjawili się u nas dwaj myśliwi z wyżłem. Wyszliśmy z domu zaalarmowani bardzo gwałtownym szczekaniem Zagi. Panowie stali przed gankiem z psem na smyczy.

-Dzień dobry. Państwo nas nie znają, ale zaraz wszystko wytłumaczymy- mężczyzna trzymający smycz pochylił się uprzejmie, zaczynając rozmowę.

-Dzień dobry panom. No faktycznie, chyba się nie znamy- mąż wyciągnął rękę na powitanie.

Wyszłam z ciemnego korytarza i podałam dłoń drugiemu panu a ten ucałował ją pochylając się nisko. Od razu widać było, że to nietutejsi.

-Nas skierował do państwa wspólny znajomy, pan X- osobnik trzymający psa ciągnął dalej.

-Dobrze, dobrze. Zaraz wszystko wyjaśnimy, ale może panowie zechcą usiąść tu przy stoliku. Kawy? Herbaty? A może jakiś sok?- zagospodarowywał gości mąż.

Panowie zażyczyli sobie kawy i poszłam do kuchni, żeby ją przygotować. Okazało się, że przyjechali ze Szczecina. Mieli problem z psem, którego musieli oddać a nie mieli gdzie. Jak się dowiedzieliśmy, byli kolejnymi właścicielami biednego stworzenia. Był to pies myśliwski i jak twierdzili, nie mieli właściwie warunków na trzymanie takiego zwierzęcia.

-W mieście szkoda takiego psa. Jest dwuletni, ale ma talent. W dobrych rękach może być świetnym psem użytkowym.- jeden z panów zachwalał z przejęciem siedzącego obok, wielkiego zwierzaka.

-A dlaczego właściwie przyszli panowie z tym do mnie?- zapytał M. zdziwiony.

-No cóż, opowiedzieliśmy o swoim problemie X-owi, a on powiedział, że pan jest specjalistą w tych sprawach i żebyśmy przyjechali do pana. No i jesteśmy- zakończył swój wywód.

-Ale ja nie szukam psa myśliwskiego, a to dorosły pies. Ma już swoje nawyki i nie wiadomo, czy przystosuje się do nowych warunków- M. bronił się, jak umiał.

-No, wie pan, to piękny pies i pochodzenie też ma ciekawe. Czeski fousek skrzyżowany z niemieckim wyżłem szorstkowłosym- jeden z gości opowiadał historię, spokojnie leżącego przy jego nogach wyżła.

Faktycznie, pies prezentował się bardzo ładnie. Ogromny, ni to szorstki, ni długowłosy, pięknej, brązowo dropiatej maści. Co ciekawe, głowę miał wielką, jak bernardyn. Był przyjazny i niezwykle spokojny.

-Co z nim zrobić? Miał już kilku panów. A tu w naturze czułby się najlepiej- właściciel ciągnął dalej uparcie.

-A dlaczego tak często zmieniał właścicieli. Przecież, jak sam pan powiedział, to piękny pies- zagadnął M. podejrzliwie.

-A bo też i w mieście takiego bydlaka trzymać nie jest łatwo. Sam pan rozumie, on wybiegać się musi i więcej na powietrzu powinien być jak w domu. W mieście nikt długo nie wytrzyma z takim wielkoludem- argumentował właściciel.

-No przecież, jak nie ma się warunków, to nie bierze się takiego psa- mąż nie dawał za wygraną.

-Pan, to by go wykorzystał a tak trzeba będzie do schroniska oddać- dziwny gość użył miażdżącego argumentu. Cios poniżej pasa zakończył sprawę. Pies został u nas.

            Był spokojny i z pewną rezygnacją przyjmował wszystko, co go spotykało. Wzięłam smycz od dotychczasowego właściciela i poklepałam zwierzaka po boku. Spojrzał na mnie swymi orzechowymi oczami i zamachał delikatnie kurtyzowanym ogonkiem.

-Co jest z tym stworzeniem? Gdzie tu haczyk? Dlaczego nigdzie nie mógł zagrzać miejsca?- dumałam, głaszcząc miłą w dotyku sierść wyżła. Ten siadł przy mojej nodze i spoglądał na mnie ze smutno uśmiechniętym pyskiem. Kiedy poszliśmy do domu, podążył za nami bez żadnych oporów.

Obrazek

            Dostał swoje posłanie i michę a właściwie wielki gar. Posłanie zaakceptował od razu i położył się grzecznie. Był jakiś zamknięty w sobie, nie szczędziłam mu więc pieszczot. Nie spotkałam wcześniej tak smutnego psiska. Początkowo Zaga poczuła zagrożenie swej pozycji w stadzie. Co chwila, ostentacyjnie okazywała nam więc swe wielkie przywiązanie.

            Pierwszy posiłek, jaki zwierzaki dostały po zjawieniu się wyżła, suka spożyła w rekordowym tempie, zezując w kąt, gdzie „nowy” pochłeptywał  ze swego gara. Nazwaliśmy go Gaweł, ze względu na nieco głupkowaty wyraz pyska. Jadł wolno i niezbyt chętnie, zostawiwszy na końcu połowę swej porcji. Robił wrażenie apatycznego i rozkojarzonego. Dni mijały a Gaweł się nie zmieniał. Ciągle nie jadł najlepiej i był smutny. Coś dziwnego kryło się w tym psie. Nie wiedzieliśmy co, ale nie wszystko było w porządku. Można powiedzieć, że inne zwierzaki lubiły go. Malwinka układała się nawet na nim, kiedy spał skulony na swoim posłaniu. Nigdy jej nie pogonił, tak samo, jak i jej kociąt, kiedy zjawiły się na świecie. Zawsze jednak był trochę dziwny.

            Kilka dni po jego przybyciu dowiedzieliśmy się o nim w końcu czegoś, o czym przezornie „zapomnieli” powiedzieć byli właściciele. Pewnej nocy obudziło nas jakieś dziwne stukanie. Dochodziło z pokoju, w którym spał nasz wyżeł. Stukanie nie ustawało, wstaliśmy wiec i poszliśmy sprawdzić, co się dzieje. I oto oczom naszym ukazał się tyleż zaskakujący, co przykry widok. Pies leżał na boku, na podłodze, rzucając się konwulsyjnie. Dyszał ciężko a w pysku bieliła się śliniana piana. Wstrząsy powodowały, że uderzał głową o podłogę. To stukanie właśnie nas obudziło. Doskoczyliśmy, aby unieruchomić mu głowę. Trzepało nim jakiś czas, po czym powoli zaczął się uspokajać. Zaskakujące było to, że cały bok, na którym leżał, miał niemal całkiem mokry. Jak wiadomo, psy się nie pocą a schładzają się poprzez ziajanie. Dlatego ten mokry bok był dla nas szokujący. Wszystko to było dość typowe dla ataku padaczki. Kiedy zwierzę uspokoiło się, przynieśliśmy wodę, którą pił chętnie i łapczywie. Resztę nocy spędził na kocu, w nogach naszego łóżka. Nigdy tego nie praktykowaliśmy, ale była to wyjątkowa sytuacja i chodziło o to, żeby pies się uspokoił i mógł zasnąć. Musiał zregenerować siły, był bowiem bardzo wymęczony. Tej nocy zasnęliśmy nad ranem.

            Następnego dnia mąż pojechał do znajomego lekarza weterynarii, a kiedy opowiedział mu o wszystkim, ten przyjechał zaraz, żeby obejrzeć naszego nowego domownika.

-Taa…No cóż, piękny pies, ale niestety musiał przejść ciężką nosówkę, co pozostawiło ślady w układzie nerwowym- podsumował oględziny zwierzęcia.

-Na to nic się nie poradzi. Można mu tylko trochę ulżyć w tych atakach padaczkowych. Zostawię wam trankwilinę. Wstrzykniecie, jak zdarzy się kolejny incydent. Musicie mieć ją stale na podorędziu- instruował nas, dokładnie pokazując, jak wykonywać zastrzyk w czasie wstrząsów. –Taki ładny pies, a ktoś pożałował na szczepionkę. No nic, te zastrzyki pozwolą zelżyć ataki i nie będzie potem aż tak zmęczony- snuł dalej wręczając nam lek i strzykawki.

-Że też wam zawsze takie ciekawe przypadki się zdarzają- roześmiał się, zbierając się do wyjścia.

-Ależ doktorze, zapraszam na kawkę i ciasto mam, świeżo upiekłam- próbowałam go zatrzymać, zapraszając do stołu.

-Och kochani. Chętnie bym został, ale jak zwykle jestem w „niedoczasie”. Czekają już na mnie w gospodarstwie. Szczepienie krów, 100 sztuk. Sami więc rozumiecie. Innym razem. Innym razem, na pewno.- usprawiedliwiał się podając nam rękę na pożegnanie.

Ten scenariusz powtarzał się nagminnie. Doktor był niezwykle zajętym człowiekiem i rzadko zdarzało nam się spokojnie posiedzieć przy kawie i czymś jeszcze.

            Po tej koszmarnej nocy pies zachowywał się właściwie normalnie. Nadal był jakby zamknięty w sobie, choć na nasz głos odpowiadał natychmiast szybkimi ruchami krótkiego, owłosionego strychulca. Powoli poznawał otoczenie domu, ale nie oddalał się zbytnio. Zaga usiłowała zmobilizować go do zabawy, ale zdawał się tego nie zauważać. Węszył ciągle wokół, stawiając bierny opór swego potężnego cielska atakom, nie małej przecież, suki. Był psem potężnym, ale o usposobieniu niezwykle łagodnym. Być może wynikało to również z pewnej obojętności na to, co działo się wokół. Poza tym choroba i powtarzające się ataki poważnie go osłabiały. Co prawda z czasem udało się nieco je ograniczyć i dzięki lekarstwu, osłabić. Nie był jednak zwierzęciem całkiem zdrowym. Jadł ciągle słabo. Do gara podchodził spokojnie. W porze karmienia nie okazywał najmniejszego podniecenia. W przeciwieństwie do wilczycy, która wymiatała błyskawicznie zawartość swej michy i usiłowała wspomóc w tym dziele swego wielkiego kolegę. On nie odganiał jej nigdy. Nawet nie warknął. Ten pies po prostu nie wykazywał żadnej agresji. I całe szczęście, bo przy takich szczękach mógłby stać się potworem. Siłę szczęk miał tak wielką, że długie kości wołowe zgniatał w powietrzu, raz ścisnąwszy, po czym wylizywał szpik ze smakiem.

            Powoli przyzwyczajał się do nowego otoczenia. Chodził z mężem na długie spacery po łąkach i mokradłach, w poszukiwaniu dzikich kaczek. Psem myśliwskim sensu stricte nie stał się nigdy. Był zbyt samodzielny. Nigdy wcześniej, tak naprawdę, nie miał pana. W poprzednich domach był przez przypadek i przy okazji. Nigdzie nie był nikomu potrzebny. Może dlatego właśnie nie walczył o swoją pozycję w stadzie, bo nie wiedział, że można mieć swoje stado. Może dlatego był zamknięty w sobie i robił wrażenie, jakby nie zależało mu na niczym. Polubił nas dosyć szybko. Powroty męża z pracy witał z radością i chętnie chodził z nim na długie włóczęgi. Nauczył się nawet aportować i wystawiać zwierzynę. Zawsze jednak pozostawał indywidualistą i nie można było być pewnym czy nie zmieni nagle zdania, co do wykonywanego właśnie polecenia. Poza tym był właściwie psem chorym a takiemu trudno stawiać takie same wymagania, jak nie cierpiącemu na jego przypadłość. Zbyt duży wysiłek fizyczny, upał czy nagły stres mogły stać się bezpośrednią przyczyną ataku. Zawsze mieliśmy tego świadomość, staraliśmy się jednak zapewnić mu takie życie, jakie powinien pędzić wyżeł tego typu. Z czasem ataki padaczkowe zdarzały się coraz rzadziej. Po każdym jednak pies był ogromnie wyczerpany i smutniał na dłuższy czas. Zastrzyk wapnia i trankwilina znacząco skracały atak, ale jednak go nie likwidowały. Nigdy już nie miał być zdrowym zwierzęciem. Pomimo tego obciążenia jego cechy rasowe często dawały znać o sobie. Gdy nie było czasu by zabrać go na dłuższy spacer i przez kilka dni pozostawał blisko domu, ogarniał go niepokój. Potrafił wtedy nagle zniknąć na dwie, trzy godziny. Wracał umorusany i mokry, ale zadowolony. Nie gonił zwierzyny płowej, ani dzików. Czasem spłoszył jakiegoś ptaka, ale nie interesował się nim zbyt długo. Dobrze wiedział, że warto się poważnie zainteresować jedynie postrzałkiem lub ptakiem zestrzelonym.

            Jakiś czas po przybyciu do naszego domu Gawła, zjawił się u nas jamnik szorstkowłosy Bartek. Kiedy miał już ok. 11 miesięcy, zaczął cenić sobie wielce towarzystwo łagodnego, acz potężnego wyżła. Trzeba było uważać na nie bardzo, gdy oba wolno biegały koło domu. Potrafiły nagle zniknąć obydwa. Wybierały się wtedy na dłuższą włóczęgę. Razem potrafiły wywołać niemały zamęt wśród zwierzyny w lesie. Jamnik bowiem był krzykaczem i wyczuwszy jakiś trop głosił zawzięcie. Dlatego uważaliśmy, żeby nie zostawiać ich obu, samych przed domem.

            Wydawało się, że wyżeł stał się żywszy i nabrał chęci do życia. Dawno też nie miał żadnych ataków. Tak bardzo chcieliśmy wierzyć, że nasz pies cudem jakimś ozdrowiał. Wrósł w naszą rodzinkę i coraz częściej mieliśmy wrażenie, że jego zdrowotne problemy odpłynęły w niepamięć. Nie było tak niestety, o czym przekonaliśmy się wkrótce.

            Była północ. Moja mała córeczka chorowała i miała wysoką gorączkę. Nie położyłam się więc jeszcze spać. Mąż przyjmował akurat gości i miał zostać w Ośrodku na noc. Siedziałam w pokoju nad gorącą herbatą, wsłuchując się w oddech dziecka. Nagle z podwórka dobiegło szczekanie Zagi. Odzywała się natarczywie i co jakiś czas skomlała. Wybiegłam, żeby ją złajać, ale coś mnie zatrzymało. Posłyszałam znane odgłosy: dyszenie i charkot. Gaweł miał atak. Pobiegłam po strzykawkę i lek i po chwili byłam już przy nim. Po zastrzyku uspokoił się szybko. Wypił wodę z miski i zrobił się senny. Ułożyłam go na posłaniu w dużej komórce, gdzie lubił spać latem. Drzwi były uchylone, żeby mógł wyjść, gdyby musiał załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Zasnął.

            Posłyszałam płacz dziecka i pobiegłam do domu. Była rozpalona, wiec podałam coś na obniżenie gorączki i kiedy się napiła, położyłam jej zimny kompres na główkę. Powoli uspokoiła się i przysnęła.

            Teraz mogłam znowu wyjść sprawdzić, co z Gawłem. Nie było go na posłaniu. Wzięłam latarkę i przeszukiwałam okolicę. Z zarośniętego pokrzywami parowu za domem dobiegło skomlenie, przerywane ciężkim oddechem. Leżał na wygniecionych pokrzywach. Z wysiłkiem podniósł głowę i spojrzał na mnie żałośnie, mrużąc oczy w świetle latarki. Był kompletnie bez sił. Okazało się niemożliwe, by stanął na własnych nogach. Z trudem wzięłam ogromne cielsko na ręce i powoli, sapiąc z wysiłku targałam nieszczęśnika na górę. Ręce mi mdlały, więc co chwila poprawiałam chwyt, gdy ciało psa wyślizgiwało mi się z objęć. Jakby czując i rozumiejąc mój trud, przyciskał głowę do mego ramienia. Próbował w ten sposób ulżyć mi nieco. Gdy znaleźliśmy się przed domem, położyłam go wygodnie i podałam wodę. Pił chlapiąc wielkim jęzorem. Kiedy skończył, spojrzał na mnie dziwnie łagodnie i smutno. Poruszył przyjaźnie swym niewielkim ogonkiem, bogato obrośniętym miękkim, dereszowatym włosem. Potem położył głowę i oddychał ciężko, ale miarowo. Musiałam wrócić do domu, żeby zajrzeć do dziecka. Gorączka spadła i mała oddychała spokojniej. Spała. Uspokoiłam się nieco.

            Znowu wyszłam przed dom i zobaczyłam jaśniejący zad Gawła znikający w zaroślach. Złapałam latarkę i poszłam za nim w las. Nie znalazłam go jednak a zbyt daleko nie mogłam odejść. Miałam świadomość, że w domu jest moje chore dziecko. Wróciłam do domu i zadzwoniłam do męża. Telefon to była jedna z zalet naszej leśniczówki. Mógł przyjechać dopiero rano. Kiedy wrócił, obszukał całą okolicę, ale psa nie znalazł. Uczuliliśmy wszystkich wokół, za lasem, żeby zwracali uwagę na włóczącego się, dużego psa. Znali go zresztą. Nie znalazł się nigdy. Często wcześniej znikał na kilka godzin. Zawsze jednak wracał. Tym razem zapadł się pod ziemię. Być może odszedł w samotności dokonać żywota. Umęczony atakami organizm mógł w końcu odmówić posłuszeństwa. A może ktoś zabrał go po prostu. Był naprawdę pięknym psem.

            I tak zginął Gaweł, pies wielu panów, ale jakże samotny w swej chorobie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Gaweł

  1. Angie pisze:

    Piękna i tak smutna opowieść Gosiu!
    Ludzie czasem wydają się być beznadziejni; jak można nie zaszczepić psa?? Ehh, szkoda słów. Dobrze,. że w końcu poznał Was, swych prawdziwych, dobrych państwa! 🙂

  2. Angie pisze:

    Piszę na próbę, może tym razem spam mnie nie wciągnie..

  3. dorotanna pisze:

    Twoje historie potwierdzają prawdę, że życie pisze najciekawsze – choć nie zawsze wesołe – scenariusze.

  4. Żałuję, że nie jestem bogata, bo na pewno podzielia bym sie z Toba pieniędzmi, byś mogła ratować udręczone przez człowieka zwierzęta.Twój trzezwy umysł pozwala Ci w każdej sytuacji zachować zimna krew.Ja tez taka jestem, ale tak emocjonalna , że za chwię padam z wyczerpania i dalej, kiedy trzeba dzialać,to po prostu padam.
    Opowiadanie , zreszta jak wszystkie wzruszające.Tyle miłości do zwierząt w każdym opowiadaniu.
    Gosiu, dziękuję
    Pozdrawiam,Marysia

  5. Może i samotny w chorobie, ale nigdzie wcześnie nie zaznał tyle dobrego co u Was …

  6. Ewka pisze:

    Smutno jakoś mi się zrobiło po przeczytaniu tej historii…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s