Taaaka ryba

czyli trochę o wędkarstwie

                       Zostałam sprowokowana do napisania opowiadania wędkarskiego. Nie było to nigdy i nie jest moim hobby, ale mam męża wędkarza, więc o temat ten ocierałam się niejednokrotnie. Zaczęło się właściwie już na początku naszej znajomości. Jedna z przygód miała miejsce w naszej podróży poślubnej.

ObrazekJesienią nad Zalewem Zegrzyńskim. Początkowo próbowałam się przekonać do tego hobby, ale jak widać bez entuzjazmu.

            A więc było to tak. Po zamieszaniu związanym z naszym ślubem i weselem mogliśmy się w końcu wybrać na wakacje. Mój świeżo upieczony małżonek był podówczas zapalonym wędkarzem. Szczycił się kartą wędkarską, którą otrzymał już w czternastym roku życia. Można powiedzieć, stary wyga wędkarstwa. Ja, hodowca z wykształcenia, kochająca naturę, dopiero na jej „matczynym” łonie czułam, że życie ma smak i sens. Ostatecznie nie znaleźliśmy się na tym łonie sami, bo pojechała również moja siostra z chłopakiem, który już niebawem miał zostać jej mężem. On zresztą też trochę ryby łowił, zapowiadał się więc wędkarski urlop. Wybraliśmy się na ziemię lubuską, ściągnięci przez kumpla, który prowadził naówczas klub jeździecki tamże. Bardzo zachwalał okolicę i rozpływał się nad jej pięknem. Zwłaszcza gorąco polecał jeziora. Było to faktycznie świetne miejsce na wakacje. Nieopodal rzeczywiście dwa piękne jeziora i co najważniejsze, rybne. Tak więc po zamieszaniu weselnym, byliśmy można powiedzieć w podróży poślubnej. No a siostra w przedślubnej, która okazała się dla nich niezwykle owocna.

            Pojechaliśmy we dwa motocykle, przez pół Polski. Niełatwo było wpakować wszystko na naszą wierną Gazelę. Już sam sprzęt wędkarski był niemałym wyzwaniem. Siadając na miejscu pasażera, musiałam wykazywać się ogromnym wyczuciem i ostrożnością, żeby przypadkiem nie uszkodzić któregoś kija, których pokaźny pęczek przytroczony był do naszego rumaka. Siostra z chłopakiem gnali na poczciwej WFM-ce, która służyła wiernie, mimo drobnych kłopotów „zdrowotnych”. Była już wtedy dość wiekowa, choć po remoncie i lakierowaniu wyglądała, jak nowa. Nie można powiedzieć, żeby podróż z Warszawy, niemal na drugi koniec naszego pięknego kraju, obyła się bez problemów. Mieliśmy sporo postojów, zwłaszcza za sprawą podstarzałej WFM-ki po liftingu. Zmuszeni byliśmy do dwóch noclegów, po drodze. Szczęśliwie dotarliśmy jednak w końcu na upragnione miejsce. Okolica przepiękna. Wkoło lasy. Nieliczne gospodarstwa otoczone drzewami i łąki schodzące ku jeziorom. Spokój i czyste, świeże powietrze. Chłopcy, po przywitaniu i pobieżnym rozpakowaniu, tzn. zrzuceniu wszystkich bagaży z motorów na środek pokoju, pognali nad jeziora. Obie z siostrą uładziłyśmy trochę ten rozgardiasz i poszłyśmy obejrzeć stajnie, miejsce pracy naszego przyjaciela, który jako spiritus movens całego przedsięwzięcia, dopytywał się ciągle jak nam się podoba. Z zapałem pokazywał stajnie, konie i opowiadał o okolicy i o swojej pracy. Popatrzyłyśmy trochę na jeźdźców i na prowadzoną przez kumpla, lekcję jazdy konnej na odkrytej ujeżdżalni w środku sosnowego lasu.

             Późnym popołudniem wróciły chłopaki i gęby im się nie zamykały. Tu piękne podejście, tam świetna głębia. Tu dobre warunki na dużego szczupaka, ale dużo zaczepów. Tu na wędkę, tam na spining. Można by użyć wahadłówkę a tam może mepsa. Dłuższy czas nadawali tym wędkarskim szyfrem, a na koniec opowiadań zostawili zachwyty nad pewnym miejscem na węgorza.

-Jest wspaniałe miejsce na węgorze. Pewne na sto procent!- mój młody żonkoś zachłystywał się z podniecenia.

-Trzeba pojechać na noc. Jest na półwyspie taka dzika plaża z konarami drzew na wierzchu i w wodzie. Pewne miejsce.- dodał przyszły szwagier.

-Pojedziemy wszyscy wieczorem. Zastawimy wędki i rozpalimy ognisko. Będzie świetnie!- mąż gorączkował się widząc w niedalekiej perspektywie, najbliższą wędkarską przygodę.

-No, wszystko fajnie, ale na razie idziemy coś zjeść. Umieram z głodu- przerwałam te zachwyty w obawie, że za moment pognamy na głodniaka nad wodę, żeby po podróży spędzić noc na plaży, przy ognisku z pustymi żołądkami.

-Tak, tak. Widziałam tu niedaleko knajpkę. Może mają jeszcze coś na gorąco do zjedzenia- wsparła mnie siostra.

             Powędrowaliśmy więc do rzeczonej knajpy. Chłopcy „nawijali” całą drogę, roztaczając obraz wędkarskiego eldorado w pobliskich jeziorach. Restauracyjka okazała się całkiem nieźle zaopatrzona. Zjedliśmy ciepły posiłek, popijając dość obficie zimnym piwem. Po odpowiedniej ilości piwa byliśmy w dobrych humorach, ale nikt nie okazywał już wielkich chęci na nocne wędkowanie. Bogaty we wrażenia dzień kończył się powoli. Wróciliśmy do pokoju i poszliśmy spać, a na nocne wędkowanie wybraliśmy się już kolejnego wieczora.

Obrazek

Przed stajnią, niedługo po przyjeździe.

             Cały następny dzień chłopcy szykowali wędki, żyłkę, błystki i inne przynęty. Pod wieczór sprzęt był poskładany i przytroczony do motorów. My z siostrą przygotowałyśmy wałówkę i ruszyliśmy w końcu nad jezioro na, wcześniej już upatrzone, „świetne” miejsce na węgorze. Zajechaliśmy na koniec zarośniętego półwyspu. Na małej plaży, pokrytej konarami drzew o fantastycznych kształtach, rozpaliliśmy niewielkie ognisko. Chłopcy wzięli się za ustawianie sprzętu, a my znosiłyśmy najrozmaitsze patyki dla podtrzymania ognia. W świetle ogniska rozliczne, porozrzucane wokół konary wydawały się wić i pełzać, w dziwnym tańcu ze swymi cieniami. Zmrok gęstniał a ciszę zakłócał jedynie trzask palącego się drewna i delikatny plusk wody. W końcu wędki zostały rozstawione i siedliśmy na piasku wokół ognia, wpatrzeni w snopy odrywających się od płomieni iskierek. Wyrywały się na krótką wolność, jakby chciały uciec ku gwieździstemu niebu, aby zawisnąć na firmamencie. Zapaliliśmy po papierosie i mąż z żalem skonstatował, że wziął prawie pustą paczkę, a innej nikt z nas nie miał.

-To nic. Skoczymy zaraz po papierochy. To będzie dosłownie chwila, a wy poczekajcie tutaj- poszedł do motoru a szwagier za nim.

-A co my mamy robić? My się na tym nie znamy. A jak coś się złapie?- wykrzyknęłyśmy niemal chórem.

-My zaraz wrócimy. To będzie moment- uspokajał szwagier.

-A nawet gdyby coś było, to przecież żadna sztuka. Przytrzymacie tylko, a my wyciągniemy, jak wrócimy- dodał małżonek kopiąc rozrusznik motocykla.

-Ja wolałabym się tego nie dotykać- rzuciła siostra w warkot silnika, który właśnie „zaskoczył”.

            Wjechali w zarośla i już po chwili dźwięki motoru ucichły i zrobiło się nieprawdopodobnie spokojnie. Ogień trzaskał, woda pluskała o brzeg i rozliczne, częściowo zatopione konary. Na powierzchni jeziora spławiały się rybki. Czasem głośno plusnęła jakaś większa sztuka.

-Mam nadzieję, że nic nie połakomi się na te ich przynęty- powiedziałam z nadzieją w głosie, siadając znowu przy ognisku.

                      Przez chwilę chłonęłyśmy ten spokój, wsłuchując się w nocne szmery. Niestety, nie trwało to długo. Dzwoneczek na jednej z wędek ożył nagle. Odzywał się rytmicznie, jakby nawołując niecierpliwie.

-No masz!- zerwałam się na równe nogi.

-To było do przewidzenia- zauważyła filozoficznie siostra, wstając powoli.

-I co robimy?- zapytała, spoglądając to na mnie, to na roztańczoną szczytówkę wędki.

W tym momencie zaterkotał kołowrotek na drugiej wędce.

-No nie! To już przesada- nerwy mi całkiem puściły.

Doskoczyłyśmy do kijów, wbitych w piasek i podniosłyśmy je z podpór.

-I co robimy siostrzyca?- rzuciła bezradnie siostra.

-Chyba trzeba kręcić korbką- byłam nie mniej bezradna, trzymając oburącz rozdygotaną wędkę.

                    Kołowrotek terkotał przeraźliwie. Złapałam za korbkę, ale szpula nie przestawała się obracać. Próbowałam więc kręcić korbką najszybciej, jak mogłam. Nic to nie dało. Ryba nadal wybierała żyłkę. Obok siostra męczyła się z drugą wędką, równie bezskutecznie. Kołowrotki warczały, dzwonek dzwonił a my wpadałyśmy w coraz głębszy stres. W końcu uszu naszych dobiegł wzmagający się warkot motoru. Wracali chłopcy. Nigdy nie myślałam, że odgłos silnika motocyklowego może działać kojąco na rozdygotane nerwy. Wtedy tak zadziałał. Wychynęli z krzaków i od razu zorientowali się w sytuacji. Zostawili motor i doskoczyli do nas. Oddałyśmy wędki i opadło z nas całe napięcie. Nogi nam się ugięły i siadłyśmy na piasku.

-Nigdy więcej nie zostanę z żadnymi wędkami- stwierdziłam stanowczo.

Chłopcy coś tam jeszcze chwilę majstrowali przy wędkach, po czym zgodnie orzekli-Poszły-.

-Trzeba było zamknąć pałąk i dopiero kręcić- mądrzył się mój specjalista wędkarski.

-Mądrala! Przecież uprzedzałyśmy, że nie mamy pojęcia, co robić- rzuciłam wściekle.

-No trudno. Urwały przypony. Trzeba uzbroić na nowo i zarzucić- szwagier łagodził napięcie.

-Fakt. Nic innego nie pozostaje. Ale musiały być duże- odpowiedział mąż z żalem, szykując już nowy zestaw.

            Wkrótce znów zarzucili przynęty i podeszli do ogniska. Usiedli i zaczęły się gorączkowe rozmowy. Z podnieceniem analizowaliśmy niedawne zajście. Niebawem okazało się, że miejsce faktycznie było świetne, bo dosłownie po chwili „odezwały” się wędki. Chłopcy błyskawicznie dopadli kijów i zaczęła się zabawa. Byłyśmy szczęśliwe, że nie musimy się tym zajmować. Napięcie wręcz elektryzowało powietrze. Chłopaki działali, jak maszynki. Dobrze się napracowali, zanim na piasku wylądował długi na jakieś 80 cm węgorz. Wił się wężowymi ruchami. Był gruby, jak mężowy nadgarstek. Drugi się zerwał, ale ten wyciągnięty sprawił wszystkim wiele radości. Była więc pierwsza zdobycz i to nie byle jaka. Tej nocy udało się złowić jeszcze trzy takie sztuki. Chłopcy byli szczęśliwi. Nocne połowy udały się w stu procentach. Następnego dnia zaprosiliśmy naszego kumpla na rybną ucztę. Nigdy potem nie objadłam się tak smażonym węgorzem, jak wtedy. W ciągu całego pobytu nasi panowie zawzięcie łowili ryby z doskonałym skutkiem. Tyle, że potem wypuszczali je najczęściej z powrotem do wody. Byliśmy tak „napchani” rybami, że pod koniec pobytu nie mogliśmy już na nie patrzeć. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że lubuskie stanie się w przyszłości naszym domem na bardzo długo.

ObrazekTakie szczupaki łapali nasi chłopcy, gdy zamieszkaliśmy już w leśniczówce, w lubuskim.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Taaaka ryba

  1. bfcb pisze:

    Jak zawsze ładnie opowiedziane. A zestawienie wielkości szczupaka z dzieckiem na ostatniej fotografii bardzo wymowne. A w jakimście jeziorze wtedy te kije moczyli nocą?

  2. ugoldenbrown pisze:

    Mój brat kiedyś dał mi potrzymać wędkę, a sam odszedł na parę chwil i w tym właśnie czasie złapał się spory karp! Miałam może 10 lat.. To było przeżycie dla dzieciaka..! :))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s