Wakacje w tartaku

         Pierwsze wakacje po zdaniu do liceum spędziłam z rodziną w pewnym tartaku, położonym w środku ciechanowskich lasów, niedaleko Przasnysza. Byłam już dumną licealistką, uczennicą pierwszej klasy Liceum Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek. Wydawało by się, poważną osobą, zmierzającą ku maturze, aby osiągnąć tzw. świadectwo dojrzałości. Jednak daleko mi było jeszcze wtedy do tej dojrzałości. Kilka miesięcy przed wakacjami partner mamy, ku jej rozpaczy, sprezentował mi szczeniaka owczarka alzackiego. Było to niewątpliwie zagranie mające na celu uzyskanie u dzieci aprobaty dla swojej osoby w naszej rodzinie.

            Po śmierci ojca, mama nie miała lekkiego życia. Została sama z dwójką małych dzieci. Musiała całkiem przeorganizować swoje życie. Bardzo chciała, aby nasze nie uległo drastycznej zmianie. Nie mogła przywrócić nam ojca. Dołożyła natomiast wszelkich starań i wysiłków, aby dostatecznie zabezpieczyć rodzinę finansowo. Na szczęście zawsze mogła liczyć na swoich rodziców. Długo była mama kobietą samotną, zawieszoną między pracą a dziećmi, którym poświęcała każdą wolną chwilę. Dopiero po latach zdecydowała się w końcu na związek z innym mężczyzną. Nie było to łatwe, bo córki a zwłaszcza młodsza, nie bardzo chciały zaakceptować nowego człowieka u jej boku. Miejsce to było zarezerwowane dla jedynego partnera, ich ojca. Kiedy jego zabrakło, miało pozostać puste, wypełnione jedynie wspomnieniem. Nowy towarzysz mamy robił wszystko, by przekonać dziewczynki do siebie. Pies był kolejnym punktem przetargowym w tej grze, mającym uatrakcyjnić jego osobę.

Obrazek         Byłam zachwycona szczeniakiem, zwłaszcza że od dawna marzyłam o psie. Mama niestety nigdy nie wyrażała na to zgody twierdząc, że nie ma czasu na zajmowanie się zwierzęciem. Słusznie stała na stanowisku, że każde stworzenie sprowadzone przez człowieka do jego domu lub otoczenia, to nowy obowiązek, od którego nie można się wymigać. Będąc osobą odpowiedzialną i bardzo zapracowaną, broniła się, jak mogła przed dodatkowymi obciążeniami. Tak, czy owak, pies w końcu był i obowiązki również. Psina z miejsca wyczuła, kto tu jest najważniejszy i karmi. Za najlepsze miejsce na odpoczynek, uznał więc nasz wilczurek podłogę pod matczynym krzesłem. Tu zawsze spał i czuł się najbezpieczniej. Poza tym chował się zdrowo i rósł, jak na drożdżach.

Obrazek

            Tak więc po zakończeniu roku szkolnego wyjechaliśmy, wraz z psem, na wakacje do rzeczonego tartaku. Najpierw przyjechałam ja z dziadkami i psem. Partner mamy był spowinowacony z dyrektorem tartaku, u którego to mieliśmy mieszkać. Mama z młodszą siostrą dojechała później, bo młoda miała zabieg usunięcia migdałka. Początkowo spałam w pokoju, ale szybko dogadałam się z córką gospodarzy, juniorką w rzucie dyskiem i obie postanowiłyśmy spać w namiocie. Razem z nami spały psy: mój owczarek i ich teriery. Wakacje w tej leśnej głuszy spędzał również, młodszy ode mnie, syn maminego partnera, który okazał się świetnym kompanem do zabawy. Szybko doszliśmy do wniosku, że miejsce było wspaniałe. Uwielbialiśmy zwłaszcza chodzić na plac tartaczny, gdzie między stosami pni i desek, ciągnęły się tory dla wagoników używanych do transportowania tarcicy. Były to wywrotne wózki z hamulcami. Zjeżdżały z górki na dość długim odcinku, rozpędzając się wspaniale. Trzeba było tylko hamować taki pojazd z wyczuciem, żeby nie wyleciał z torów przy zbyt gwałtownym użyciu hamulca. Zabawa była przednia. Nie trzeba tu chyba dodawać, że była nam ona surowo zabroniona. Nie zmieniało to jednak faktu, że kiedy tylko udało się nam dorwać do takiego wagonika, ruszaliśmy w drogę. Razem z nami wsiadał mój owczarek Astor, który chodził zwykle za mną krok w krok. Ale nie był on jedynym zwierzakiem na tych wakacjach.

Obrazek            W stajence mieszkał emerytowany, gniady wałach, odpoczywający po pracowitym życiu. Miał zapewniony wikt i wygodne schronienie, a latem kawał pięknego pastwiska, które dzielił z łaciatą krową, mleczną żywicielką gospodarzy. Koń ten na okres wakacji stał się naszym rumakiem. Raz był koniem kowbojskim, innym razem indiańskim mustangiem. Gniadosz, pracujący całe życie przy zrywce i ciąganiu ciężkich wagoników pod górkę, okazywał filozoficzny stoicyzm, służąc nam za wierzchowca. Poruszał się spokojnie i niespiesznie, z rzadka tylko dając się zmusić do szybszego biegu.

Obrazek             Tuż za gospodarskim podwórkiem, między ścianą stodoły a drewnianym płotem, była pasieka. Za płotem natomiast biegła droga prowadząca z tartacznego placu, obok stawu do lasu i dalej 3 kilometry przez las, do wsi. Surowo nam zakazano zatrzymywać konia przy tym płocie.

-Radzę wam nie zatrzymywać się przy tym ogrodzeniu, a broń Boże z koniem- uprzedził nas nasz gospodarz z bardzo poważną miną.

            Dowiedzieliśmy się niestety niebawem, jaki był powód tych ostrzeżeń, bo zdarzył się wkrótce bardzo nieszczęśliwy wypadek, o którym opowiadano później przez lata. We wsi za lasem mieszkał bogaty gospodarz. Szczycił się piękną parą siwych, jabłkowitych koni, którymi zajeżdżał z pompą na plac przed tartakiem, gdy miał jakąś sprawę do załatwienia. Pewnego dnia, wracając z biura za placem z tarcicą, zatrzymał spocone konie przy feralnym płocie i przywiązał je do sztachet. Czy pszczoły były akurat okadzane, czy spocone konie wydzielały zbyt intensywny zapach, dość że nagle zwierzaki zaczęły podskakiwać i kwiczeć, zaatakowane przez chmary rozwścieczonych owadów. Zza ogrodzenia napływały coraz to nowe zastępy pszczół i atakowały przerażone zwierzęta. Zdezorientowany gospodarz złapał worek z wozu i w pierwszym odruchu zaczął ściągać pszczoły z koni. Była to niestety fatalna decyzja, bo miejsce strąconych owadów zajmowały rzesze nowych. Od strony placu dobiegł dyrektor tartaku krzycząc

–Wyprzęgaj pan konie, niech uciekają-

Dopadł koni i natychmiast wziął się za ich uwalnianie, odpinając lub tnąc uprząż. Te, nie skrępowane już żadnymi pasami, ruszyły galopem do lasu, kwicząc i wierzgając. Chłop stał, jak oniemiały, patrząc z rozpaczą na znikające w oddali, zady swych pupili.

-Człowieku! Co cię podkusiło, żeby uwiązać tu konie? Po coś ty się w ogóle tu zatrzymał?- jęczał nasz gospodarz, łapiąc się z desperacją za głowę.

Chłop kręcił się w kółko, machając rękami i wyglądał, jakby stracił rozum. Po chwili ruszył wężykiem, biegnąc jak pijany za końmi a za nim podążył dyrektor.

Piękne siwki nie przeżyły niestety tej przygody. Tuż po wejściu do lasu padł jeden a 100 metrów dalej, drugi koń. Były napuchnięte, jak balony. Konie są niezwykle wrażliwe na jad pszczeli. Często wystarczy użądlenie dwóch, trzech pszczół, aby pozbawić je życia. Tutaj były ich setki. Siwki nie miały więc najmniejszych szans.

Obrazek            Po tym wydarzeniu baliśmy się jeździć drogą wzdłuż nieszczęsnego płotu. Staraliśmy się od tej pory omijać ten odcinek, pchając się przez zarośla za obórką. Najczęściej ganialiśmy nad stawek przy lesie. Stanowiliśmy dość niezwykłą grupę dzieciaków poprzebieranych za Indian. Z piórami powtykanymi nie tylko we włosy i kolorowymi twarzami, mogliśmy spłoszyć niejednego przypadkowego wędrowca. Dowódca grupy podążał konno na starym gniadoszu a reszta pędziła per pedes, podskakując i wymachując dzidami i łukami własnej roboty. Orszak zamykał zwykle mój owczarek Astor w obroży splecionej ze słomy tak, że sztywne kawałki źdźbeł sterczały mu wokół szyi, jak obronna kolczatka. Wydawało nam się wtedy, że tak wyglądać powinien bojowy pies indiański. Nad stawem zbudowaliśmy tratwę w celu podjęcia wypraw na niewielką wysepkę na środku. Niestety nasza jednostka pływająca szybko okazała się mocno zatapialna i nie daliśmy rady dopłynąć do wymarzonego celu. Udało nam się wszakże zawrócić i co prawda po kolana w wodzie, ale dopłynęliśmy jednak do brzegu. Nieznany ląd korcił nas nadal i już wkrótce dane nam było zdobyć go przy pomocy dwóch drewnianych balii, „podprowadzonych” z gospodarstwa. Okazało się, że na zdobytej w końcu przez nas wysepce gniazdowała dzika kaczka. Codziennie podpływaliśmy cichutko i przywoziliśmy jej ziarno i chleb, żeby nie musiała zostawiać swych nienarodzonych dzieci na pastwę losu, w poszukiwaniu pożywienia. Mimo naszych eskapad ptak wysiedział jajka i wkrótce świętowaliśmy pojawienie się sześciu przepięknie „pomalowanych” kaczątek. Skąd ten dziki ptak wiedział, że nie mamy złych zamiarów i nie zaszkodzimy jej ani potomstwu, nie wiem. Faktem jest, że wysiedziała cierpliwie jajka i wodziła potem swoje pociechy, paradując przed nami, jakby chciała pochwalić się swym przychówkiem. Niemal codziennie przynosiliśmy dla niej a potem dla całej rodzinki ziarno i różne smakołyki. Czuliśmy się tak, jakby to były nasze kaczki i byliśmy za nie odpowiedzialni. Wszystkie wychowały się szczęśliwie i kręciły się stale przy swojej wysepce.

Obrazek             Nie były to jedyne ptaki z jakimi mieliśmy do czynienia w te wakacje. W obejściu naszych gospodarzy były kury i sporo podrośniętych kurczaków. Kiedy odkrył to mój Astor, uznał widocznie, że to świetna okazja żeby dożywić naszą rodzinkę. Pewnego ranka gospodyni, wychodząc z domu, natknęła się na progu na trzy zaduszone kurczaki, równiutko ułożone w rzędzie, łebkami w stronę drzwi. Nietrudno wyobrazić sobie jej reakcję. Zaczął się sądny dzień, ale cóż było robić. Jeszcze ciepłe kurczaki, zostały oskubane i podane na obiad. Nikt nie miał pewności, co do sprawcy tej rzezi, choć istniały bardzo mocne przesłanki. Niestety następnego ranka sytuacja powtórzyła się i wcale nie było wesoło. Wszystko było jasne, ponieważ poprzedniego dnia wszystkie psy, poza Astorem, zamknięto w wolierze. Zapadł wyrok, mój Astor został uwiązany na łańcuchu. Nie pomogły płacze i błagania.

-Trudno kochanie. Będzie przecież chodził razem z nami na spacery. Niestety nie może być luzem bez nadzoru. Koniec już rozmów na ten temat.- powiedziała moja mama bardzo poważnie i sprawa była przesądzona.

Obrazek          Pomyślałam sobie wtedy, że gdyby te kury umiały fruwać, Astor nie dałby rady ich złapać. Podzieliłam się moimi przemyśleniami z towarzyszem zabaw i poszliśmy do obórki. Tam w rogu urządzony był całkiem spory kurnik. Z obórki można było wejść po drabinie na poddasze użytkowe, gdzie przechowywano siano i słomę. Z tego poddasza otwierały się na podwórze drzwi służące do załadunku, przywożonych z pól i łąk zbiorów. Wymyśliliśmy, że będziemy uczyć kury fruwania, wypuszczając je na podwórko przez te właśnie drzwi. Wydawało mi się wtedy, że żeby kury nauczyły się dobrze fruwać, wystarczy systematyczny trening, jak we wszystkich dyscyplinach sportowych. Wdrapałam się na górę z pierwszą kurą, a mój kompan donosił następne. Puszczone z góry ptaki leciały niezdarnie z wielkim krzykiem, lądując z rozpostartymi skrzydłami. Po czym kolebiąc się pędziły przed siebie z pełnym oburzenia wrzaskiem. Nie było wcale łatwo złapać, zdenerwowane tak bezpardonowym traktowaniem, kury. Byliśmy przy końcu pierwszej rundy kurzego treningu, gdy noga mi się poślizgnęła i sama zleciałam z góry na podwórze. Pech chciał, ze na dole stał żelazny pług. Jak na złość, spadając trafiłam ręką na to właśnie żelastwo. Kiedy wstałam okazało się, że ręka moja ma jakiś dziwny, wyraźnie odbiegający od normy, kształt. Spojrzałam na przerażoną minę mojego towarzysza i zrobiło mi się nieswojo.

-Idziemy do domu.- zdecydowałam. –Coś z tym trzeba zrobić.-

Przeskoczyłam przez płotek, oddzielający podwórko gospodarcze od sadu przed domem. Po drodze pogłaskałam mojego nieszczęsnego więźnia na łańcuchu. Mój towarzysz podążał za mną, mitygując mnie, co chwila.

–Uważaj, nie biegnij! Trzymaj tą rękę, ostrożnie.- jęczał drżącym głosem.

            Dotarliśmy w końcu do domu. Tu zaczęła się bieganina. Moja ręka na każdym robiła piorunujące wrażenie. Wezwano karetkę, która zawiozła mnie razem z mamą do szpitala w Ciechanowie. Okazało się, że złamanie było skomplikowane i dotyczyło stawu łokciowego. Chirurg musiał składać rękę pod roentgenem. Trzymały mnie dwie pielęgniarki a ja darłam się w niebogłosy, bo wszystko odbywało się bez znieczulenia. Kiedy już mnie zagipsowano byłam mokra, jak przysłowiowy szczur. Po wszystkim wyszłam na korytarz, gdzie stała mama, nie mniej zmaltretowana ode mnie. Dokładnie słyszała moje wrzaski, dobiegające z gabinetu. Wróciłyśmy samochodem, który przyjechał po nas z tartaku. Najbliższej nocy nie mogłam spać. Ręka puchła a gips trzymał. Wystająca część dłoni wyglądała, jak baleron, palce nikły w opuchliźnie. Przykładano mi butelki z lodowatą wodą, które nieco łagodziły ból, ale nie powstrzymały postępującej opuchlizny. Kiedy dłoń przybrała kolor sino-fioletowy mama postanowiła rozciąć gips na długości 10- 15cm  od dłoni. Ulga była natychmiastowa. Następnego dnia, kiedy opuchlizna nieco otęchła, zabandażowano mi gips, na wysokości rozcięcia. Po dwóch dniach ganiałam znowu, jak wcześniej. Gips był ciężki i trochę zawadzał, ale nie było wyjścia, musiałam się z tym pogodzić. Ręka usztywniona ze zgiętym łokciem umieszczona była na temblaku. Mimo tych niedogodności biegałam ze wszystkimi nad rzekę i nad staw. Jak nietrudno się domyślić, temblak nie zawsze był używany. Było gorące lato i aby móc się kąpać zrobiłam sobie z jakiejś torby foliowej specjalną rękawicę na całą rękę, umocowaną na ramieniu, nad gipsem. Używając takiego zabezpieczenia pływałam, jak inni. Czasem od góry gips nieco zamakał, ale kto by się tym przejmował. Ręka pozostawała unieruchomiona niemal przez miesiąc. Po zdjęciu gipsu potrzebna była długa rehabilitacja. Sporo czasu miałam rękę zgiętą w łokciu. Do pełnej sprawności kończyna dochodziła ładnych parę lat. Mimo wszystko uważałam te wakacje za jedne z bardziej udanych.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

30 odpowiedzi na „Wakacje w tartaku

  1. SABATOWKA pisze:

    Czytając Twój wpis poczułem się jak za dawnych lat u babci na wakacjach. A jednocześnie miałem odczucie, że znajduję się w Bullerbyn. Pozdrawiam.

  2. ina3b pisze:

    Bullerbyn – najlepsze skojarzenie do tego wpisu. A tak do rzeczy to właśnie takie wakacje są najlepsze i najmilej się je wspomina.:)

  3. Angie pisze:

    Piękne( choć gipsowe) wspomnienia! A uczenie kur latania- cudne! 🙂 😀

  4. Żeby kura poleciała, to by ręki nie złamała;)
    Przeczytałam z przyjemnością.

  5. dorotanna pisze:

    Twoje wspomnienia przywołały dawniejsze czasy i wakacje spędzane na wsi u rodziny … Cudowne wakacje! Pięknie opisane i zilustrowane 🙂

  6. Asenata pisze:

    Wspomnień czar 🙂

  7. violamalecka pisze:

    Ja, mając sześć lat próbowałam ratować wróble,
    które nie wiedzieć dlaczego, topiły się w fontannie.
    Wyciągałam je z wody i kładłam na trawie,
    w swej dziecięcej naiwności myśląc, że słońce je ożywi.
    Ech, te wspomnienia…. wakacje… szałasy… wariackie pomysły…

  8. Jak zwykle opowieść super.
    Ja myślę , że Ty nadal masz w sobie ducha przygody…

  9. anika pisze:

    Strasznie fajne te opowieści. Przydałaby się wydane w formie papierowej. Oczywiście z Twoimi ilustracjami. 🙂

  10. Jak się stale mieszkało na wsi, to człowiek był jednak poważniejszy. Ale goście z miasta byli wielką atrakcją, i na więcej mogli sobie pozwolić.

  11. ph1nt pisze:

    Świetnie się czyta, pomyśl o napisaniu książki, koniecznie z ilustracjami.

  12. z sentymentem i uśmiechem wróciłam w tamte czasy; podobnie jak Ty jestem dziewczyną przygody. A może już znasz moją? Późniejszą, ale także prawdziwą. Tak jak ph1mp – komentarzowa poprzedniczka, namawiam do napisania książki. Masz lekkie pióro i z przyjemnością czytałam „Wakacje w tartaku”. Za ilustracje wielkie brawa! Są urocze.
    Pozdrawiam serdecznie
    Liliana
    http://owocdecyzji.com/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s