Jastarniane lata

       W dzieciństwie, co roku, spędzałyśmy połowę wakacji nad morzem. Siłą rozpędu jeździło się do Jastarni. W okresie międzywojennym była to bardzo znana miejscowość nadmorska i rodzina mamy spędzała tam latem sporo czasu. Pewnego roku babcia moja miała nawet taką fanaberię, żeby poprowadzić tamże pensjonat dla wczasowiczów.

            Dziadek był człowiekiem zamożnym i wielokrotnie spełniał jej marzenia, co oznaczało finansowanie najrozmaitszych fantazji. Tym razem również pokrył wszystkie koszta kolejnego pomysłu swojej ukochanej Andzi. Wynajął dom od pewnego rybaka i sfinansował całość przedsięwzięcia. Anka miała więc swój wymarzony pensjonat jednego lata, z kucharkami, pokojówkami i całym tym wczasowym entourag’em. Sprosiła wszystkich krewnych tudzież znajomych i brylowała wśród tego towarzystwa, jako gospodyni i właścicielka. Cieszyła się, jak dziecko, że taki był ruch w interesie. Sęk w tym, że goście nie płacili ani grosza, byli przecież zaproszeni na wywczasy. W tej sytuacji działalność pensjonatu nie przyniosła żadnego dochodu, pochłonęła natomiast bardzo dużo pieniędzy. Mimo to, dziadek był zadowolony z radości swojej kochanej małżonki. Moja mama i ciotka z rozrzewnieniem wspominały te wakacje do końca życia. Ze śmiechem opowiadały, jak podkradały z kuchni przepyszne, kruche ciasteczka, dumę kucharki, smakołyki ubóstwiane przez gości. Jak w kuchni przez te psikusy był sądny dzień , bo nikt nie mógł doliczyć się tych delicji i kucharka wpadała w stres z obawy, że zabraknie dla gości. A one wychodziły na plażę w płaszczach kąpielowych, których kaptury wisiały na plecach podejrzanie ciężkie i pełne.

            Opowiadały też, jak w dniu imienin babci, przybył na plażę posłaniec z bukietem stu pąsowych róż, z kroplami rosy na płatkach. Róże były z życzeniami od dziadka, który przebywał w tym czasie w Zagłębiu, na drugim krańcu Polski. Mój Boże! Gdzie ci mężczyźni?

            Tak więc Jastarnia była w naszej rodzinie najważniejszą wczasową miejscowością nadmorską i jeździłyśmy tam w każde wakacje.

            Podczas wojny dom, który przez jedno lato, rozkwitł przed wojną babcinym pensjonatem, mocno podupadł. Jego część w ogóle znikła, ale w pozostałej mama z babcią wynajmowały, co roku, u córki przedwojennego właściciela, pokoik na miesiąc wakacji. Tak więc zwykle w lipcu, a nawet z końcem czerwca, zjeżdżałyśmy tam na coroczny pobyt nadmorski, aby jak mawiała babcia, nawdychać się jodu. Z radością wracałam do Jastarni, każdego lata. Miałam wśród tamtejszych dzieciaków sporo kumpli, towarzyszy letnich przygód. Ganialiśmy nie tylko po samej Jastarni. Uważaliśmy, że cały półwysep należy do nas i penetrowaliśmy nawet dalekie jego zakamarki.

            Jeden z czynnych rybaków w sąsiedztwie woził sieci drewnianym wózkiem, zaprzęgniętym w osiołka. Ten pojazd był obiektem naszych stałych westchnień. Udało nam się w końcu ubłagać właściciela, aby go nam wypożyczył. Od tej pory używaliśmy go, od czasu do czasu, przez cały dzień. Jeździliśmy po całym półwyspie, będąc atrakcją turystyczną.

Obrazek           Ten osiołek, bardzo filozoficzne stworzenie, nigdy nie spieszył się zbytnio i ograniczał swój wysiłek do niezbędnego minimum. Dreptał spokojnym capelkiem, nie uznając żadnego popędzania. Szybciej w zaprzęgu się nie poruszał. Jeśli tylko wyczuł, że spotkane po drodze dzieciaki, biegające wokół nas, mają coś smakowitego, zatrzymywał się i próbował przeszukiwać dziecięce rączki i zakamarki odzieży. Zawsze w końcu coś znalazł, co wywoływało salwy śmiechu. Kiedy nie zostało już nic do wyszukiwania, ruszał dalej, właściwym dla siebie tempem. Bardzo lubiliśmy te cygańskie wędrówki osiołkowym zaprzęgiem. Mając taki wspaniały pojazd, mogliśmy zwozić do naszej kryjówki skarby z całej okolicy. Na półwyspie stacjonowało wojsko i była strefa zamknięta, uniemożliwiająca swobodną wędrówkę do Helu, na końcu półwyspu. Można było się tam dostać tylko pociągiem, autobusem lub samochodem, bez wysiadania po drodze, w strefie wojskowej. Bardzo lubiliśmy kręcić się przy granicy tej strefy. Wiadomo, że jak coś jest zakazane to smakuje lepiej. Znaleźliśmy w tamtych okolicach sporo różnego rodzaju łusek od nabojów. Niektóre były bardzo stare. Znalazły się oczywiście w naszej kryjówce.

            Pewnego razu, po przyjeździe na wakacje, zobaczyłam w sadzie gospodarzy nowy domek kempingowy. Spodobał nam się i nie chciałyśmy już mieszkać w domu, na poddaszu. Było tam gorąco a cały strych okupowany był wręcz przez pająki. Przeniosłyśmy się więc do tego małego domku kempingowego. Pająki zamieniłyśmy na skorki. Zawsze budziły we mnie wstręt, za sprawą umieszczonych na końcu odwłoka cęgów, służących im do przytrzymywania partnera podczas miłosnych uniesień. Niestety wyobraźnia działała. Dzięki jakimś zasłyszanym opowieściom różnych babć, byłyśmy przekonane, że skorki wchodzą do ucha i szczypcami przecinają błonę bębenkową. Bzdura totalna, ale wyobraźnię rozbudzała oraz strach i wstręt do tych owadów. Dzięki takim bezsensownym opowieściom wzbudza się w ludziach nienawiść do Bogu ducha winnych stworzeń, będących sprzymierzeńcami człowieka w tępieniu szkodników. Z upodobaniem jedzą bowiem skorki mszyce, choć są wszystkożerne i chętnie pożywią się również owocami lub nektarem. Mimo wszystko domek, stojący w sadku za domem, był naszym królestwem. Pod nim urządziliśmy, ukrytą przed wszystkimi, skrytkę ze skarbami. Chowaliśmy tam wszystko, co dla nas miało ogromną wartość a trzymane było w tajemnicy przed dorosłymi. Znalazły się tam też łuski od nabojów i inne stare, metalowe zwykle elementy, znalezione w okolicy strefy poligonu.

            Na jednych wakacjach u sąsiada naszej gospodyni pojawił się koń. Niewielka kobyłka, której używano w zaprzęgu, do wożenia akcesoriów rybackich na kuter i z kutra. Konisko stało się oczywiście naszym obiektem pożądania i biegaliśmy tam z różnymi smakołykami. Po naszej wizycie zwierzak był podkarmiony, wyczesany i wygłaskany, jak nigdy wcześniej. Sąsiad śmiał się z tych naszych zabiegów i patrzył na to łaskawym okiem. W końcu doczekaliśmy chwili, kiedy pozwolono nam dosiąść wypieszczonego „rumaka”. Od tej pory często jeździliśmy z rybakiem do portu i z powrotem. W jedną stronę część jechała na koniu a reszta na wozie, a w drugą stronę zamienialiśmy się miejscami. Konik był spokojny i nawet na swoim maleńkim pastwisku dawał nam się dosiadać. Przez całe wakacje ten niepozorny konik był naszym największym przyjacielem. Każdego następnego roku, zaraz po przyjeździe pędziłam do sąsiada przywitać się z kasztankiem. W szkole średniej przestałam przyjeżdżać do Jastarni. Zaczęłam zwiedzać inne miejsca naszego wybrzeża. Będąc na studiach znów znalazłam się tam latem. Wróciłam po latach a nasz konik był tam jeszcze i miał się dobrze. Musiałam go dosiąść, choć na moment, żeby wróciły wspomnienia. Tak, Jastarnia zawsze już zostanie w mojej pamięci, jako miejsce moich wakacyjnych przygód przez kilka kolejnych lat.

Obrazek

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Jastarniane lata

  1. Angie pisze:

    Piękna, piękna opowieść! 🙂

  2. KBG pisze:

    och ta Jastarnia 🙂 mocno wpisana w krajobraz Polski 🙂 Tak pięknej Jastarni to nie pamiętam choć moja tez była w emocjach 🙂

    • maszynagocha pisze:

      Przed wojną nie było zbyt dużo tego wybrzeża, więc półwysep ze wszystkimi swymi miejscowościami cieszył się powodzeniem. Potem to już jeździło się z przyzwyczajenia, ale oczywiście nie żałuję. 🙂

  3. ugoldenbrown pisze:

    Twoja Jastarnia jest swojska, taka przyjazna, nie turystyczno-komercyjna. Jest, jak ukochane miejsce, do którego się wciąż wraca.. Takiej Jastarni pewnie już nie ma dziś, ale na szczęście, są wspomnienia i zdjęcia..
    🙂

  4. Justyna pisze:

    Ja rownież wspominam miejsca i czas wakacji , które w dzieciństwie spędzałam z Rodzicami i Siostrą. Wczasy rodzinne , które teraz są w zaniku , były dla nas dzieciaków bardzo ważne. Moi Rodzice poświęcali nam cały swój wolny czas , pokazywali nam najciekawsze zakątki Polski . Ty jeżdziłaś nad morze a ja w góry do Piwnicznej . Mieszkalismy w wozach Drzymały , wędrowalismy po górach. To sa niezapomniane chwile.

    • maszynagocha pisze:

      Ja jeździłam na jeden miesiąc nad morze a na drugi w góry. Moi rodzice byli jednymi z pierwszych wczasowiczów, dzięki którym gazdowie z Bukowiny zaczęli nagminnie organizować domy wczasowe. Teraz dzieci naszej gaździnki od wakacji, prowadzą własne domy dla gości, oczywiście dużo bardziej rozwinięte. Miałyśmy poza tym niańkę góralkę i do jej rodziny, do Maruszyny też jeździliśmy czasem. Kocham Tatry, zresztą urodziłam się w Bielsku-Białej, więc blisko. Teraz niestety to nie są te same góry, ani ludzie. Za duży najazd turystów i to wszystko zmieniło. 😉

  5. Navia pisze:

    Wspaniała, nastrojowa opowieść 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s