Jarmark koński cz.I

           Nareszcie dojechaliśmy. Byliśmy w Czarnkowie. Jarmark działał już na pełnych obrotach. Z trudem znaleźliśmy miejsce do zaparkowania. Wraz z kilkunastoletnią córką zabrałam się ze znajomym męża i jego rodziną. M. miał huk roboty z gośćmi i nie miał czasu. Pan Jan jechał z całą rodziną, jak na majówkę. Dzieciaki rozgadane, mamuśka czuwająca nad całością a ojciec rodziny za kierownicą, ze stoickim spokojem. No i ja z córką na przyczepkę. Kasy wzięłam niewiele. -Jakby było coś przydatnego, to kupię- myślałam.

            Dzień targowy w Czarnkowie, to bardzo popularne wydarzenie. Zjeżdżali ludzie z całej okolicy. Niektórzy ruszali w nocy, by dotrzeć na rano. Przy wjeździe na plac kłębowisko ludzi i samochodów. Ciężarowe, furgonetki, osobowe no i wozy konne, oczywiście. Szum, gwar, ludzie się targują, zwierzęta ryczą, meczą, kwiczą i rżą. Ten ostatni odgłos elektryzował mnie najbardziej.

-To tu jest to legendarne niemal w okolicy, miejsce handlu końmi, od wielu lat- myślałam.       Patrzyłam podniecona na cały ten harmider, kłębowisko stworzeń bożych. Przy wjeździe rozlokowali się handlujący płodami ziemi-matki. Zatrzęsienie worków ze wszystkimi możliwymi zbożami, motylkowymi i innymi ziarnami. Na skrzyniach samochodów dostawczych ziemniaki, kapusty, co kto chce. W miarę posuwania się w głąb placu mijałam stoiska z przyborami do oporządzania i użytkowania zwierząt gospodarskich. Dojarki, naczynia do oddzielania śmietany od mleka, maselnice, wyroby kowalskie i ślusarskie. Były uprzęże, baty, ogłowia, siodła wreszcie i cały asortyment końskich akcesoriów. No i w końcu konie. Kawał placu zastawiony koniowozami, przyczepami do przewozu koni i wozami konnymi. Po środku zostawiono wolny placyk do prezentacji przywiezionych okazów. Wszędzie nieprzebrane tłumy. Fantastyczny przegląd typów i typków. Raj dla malarza i fotografa. Osobnicy w rozmaitych nakryciach głowy. W czapkach z daszkiem, bez daszka, w kapeluszach i pilotkach. W kurtkach roboczych, skórzanych, w płaszczach, swetrach i kamizelkach. A w tym wszystkim rzecz najważniejsza- kieszenie. No i woreczki na szyi. Po co? Ano, na pieniądze. Co chwilę ktoś wyciągał z przepaścistych głębin swego ubrania gruby zwitek banknotów. Pokrzykiwania, poklepywania i dobijanie targu. Przybijanie dłonią o dłoń. W końcu papierowy zwitek pieniędzy lub jego część trafiała do szczęściarza, któremu udało się to, po co przyjechał. Sprzedał przywiezioną chabetę.

            Obrazek

         Niektóre konie stały z półprzymkniętymi powiekami. Obce w tym tłumie. Odcinały się od otaczającej je rzeczywistości. Szumu i krzyków. Smrodu tlących się petów, zwisających z warg kręcących się wokół nich ludzi i wyziewów alkoholowych. Udaną transakcję opijano zwykle natychmiast. Żeby się szczęśliwie chowało. W końcu każda okazja dobra, a tu ich nie brakowało.

         Bardziej szlachetne i krwiste rumaki wodziły wokół szeroko otwartymi oczami. Sapały przez rozwarte chrapy i dreptały w miejscu. Unosiły wysoko głowy, przykucając na zadach. Jeszcze inne rżały nerwowo, nawołując pobratymców. Rżały w poszukiwaniu bratniego stada, które mogłoby je przygarnąć i osłonić, dać poczucie bezpieczeństwa. Z zamkniętych koniowozów dobiegały stuki i trzaski uderzających o obudowę kopyt, co bardziej nerwowych osobników. Sami handlarze niejednokrotnie bali się wyprowadzić przywiezione konie. Mogły one poważnie zagrozić zbiorowisku zgromadzonych ludzi i zwierząt.

            Powoli przemieszczaliśmy się w tym tłumie, oglądając przywiezione zwierzęta. Tu młode, źrebaki niemal. Tam stare, sterane życiem stworzenia, obojętne na cały ten rejwach.

-Patrz pan, jaka mandolina- wypowiedzianą kwestię zakończył głośny, lekceważący śmiech. Obejrzałam się w kierunku, z którego dobiegł ten głos. Na placyku zgarbiony chłopek prezentował swoją, wysłużoną kobyłkę. Konik miał grzbiet załamany, łęgowaty a brzuch karykaturalnie obwisły. Niejednego źrebaka pewnie urodziła i ciężko pracowała całe życie. Poruszała się spokojnie, można by powiedzieć majestatycznie, krocząc za właścicielem. Ten pociągał ją, co chwilę za linkę, prezentując towar, z którym przyjechał. Nie zwracała uwagi na otoczenie. Była raczej z tych nieobecnych. Ludzie oglądali, śmiali się i żartowali. Chłop nie mógł liczyć na duży zarobek. Nawet jako towar rzeźny nie przedstawiała większej wartości. Biedne, stare stworzenie. Wysłużyła się przez całe życie. Teraz nie miała miejsca, gdzie mogłaby w końcu odpocząć.

Obrazek      -Gdzie może trafić taka klacz?- pomyślałam sobie i odwróciłam głowę. Po co się zastanawiać. Nie mogłam zmienić świata. c.d.n.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Jarmark koński cz.I

  1. Czekam z niecierpliwością na dalszą część.

  2. Jeśli stary jarmark to musiała być środa.

  3. Angie pisze:

    Wciągnęłam się niesamowicie! Już czekam na ciąg dalszy! 🙂

  4. Hmm, myślałem, że o jarmarkach wyspecjalizowanych w handlu końmi można przeczytać tylko w fantastyce i powieściach historycznych, a tutaj proszę one naprawdę istnieją…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s