Jarmark koński c.d.

         Nagle, ponad głowami ludzi dostrzegłam przepiękną, siwą głowę z żywym, błyszczącym okiem. Zwierzę omiatało spojrzeniem otoczenie a rozchylone chrapy dopełniały wizerunku. Głowę nosiło wysoko na długiej, zgrabnej szyi. Artystycznym wykończeniem tego obrazu była niezwykle długa, delikatna grzywa.

         -Jak koń z bajek tysiąca i jednej nocy- przyszło mi na myśl.

         Przepychałam się, aby stanąć jak najbliżej tego zjawiska. Nie zwracałam uwagi czy córka i znajomy nadążają za mną. W końcu zatrzymałam się w pobliżu tego wyjątkowego stworzenia. Była to klacz, przywiązana do rampy koniowozu, którym zapewne przyjechała. Wodziła wokół oczyma i tuliła uszy, gdy tylko któryś ze zgromadzonych mężczyzn próbował zbliżyć się i wyciągnąć do niej rękę.

         -Ale cholera- odezwał się jeden z nich.

-Do takiej to nawet strach podejść- dorzucił następny.

        I nie podchodzili, zostawiając wolne miejsce wokół kobyły. Dogadywali, wybrzydzali i śmiali się z handlarza.

       -A ty co? Takiego wariata chcesz sprzedać? A kto to kupi? Takiego dzikusa- i machali ręką.

      -Ja za darmo bym nie wziął. Mnie tam życie miłe- zakrzyknął w końcu któryś i całe towarzystwo zaczęło się rozchodzić ku innym handlującym, utyskując i żartując.

            Stałam wpatrzona w siwe cudeńko. Była brudna na boku, miała tragicznie upaprane tylne nogi i zmierzwiony, długi ogon. Tak długi, że kiedy się cofała, nie podnosząc go, przydeptywała koniec. Wyraźnie obawiała się ludzkiego dotyku i broniła się przed tym strasząc stulonymi uszami. Unosiła wargi ukazując wielkie siekacze. Zbliżyłam się powoli, uważając na zad, gotowa odskoczyć, gdyby była taka konieczność. Złapałam za kantar, przytrzymując zdecydowanie. W pierwszej chwili żachnęła się, ale gdy poczuła pewną rękę, złagodniała. Poklepałam ją po szyi, nie dotykając pyska. Na kości nosowej zauważyłam bliznę na delikatnej skórze. Starałam się trzymać tak, żeby nachrapnik nie urażał tego miejsca. Była naprawdę piękna, choć zaniedbana.

Obrazek         -E! Pani! Uważaj kobieto. To nerwowy koń. Kopnąć może i ugryźć też potrafi- zbliżający się handlarz krzyczał z daleka.

      -No widzę, widzę. To ile pan chce za tę wariatkę?- zagadnęłam ze stoickim spokojem, choć wszystko krzyczało we mnie z zachwytu.

      Facet w jednej chwili złagodniał jak dziecko.

-A pani zainteresowana może?- zapytał z nadzieją.

      -No, wie pan. Nie dość, że to już niemłoda kobyła, to jeszcze zwariowana- celowo wyolbrzymiałam cechy niezbyt handlowe.

      -No, dziesięć lat ma, ale może jeszcze źrebaka dać- zaczął zachwalać towar.

-No, a niech pan wyciągnie jej język. Zobaczymy ile tak ma naprawdę-

W odpowiedzi złapał za kantar z drugiej strony i wyciągnął język.

-Ma jak mówię. Sama pani zobacz.-

Przyjrzałam się zębom. Faktycznie, zgadzało się.

      -Zgadza się. Ma koło dziesięciu. Ale nie wiadomo, czy się kiedykolwiek źrebiła? Może być niepłodna- rozważałam głośno.

      -Eee, nie. Tam na wozie mam ogierka, jej syna.-

      Jakby na potwierdzenie jego słów z koniowozu dobiegł trzask i stukot. Cały wóz zakolebał się z chrzęstem.

      -No ładny ogierek. To coś w genach musi być. Szalony jak matka. Jak pan chcesz go sprzedać, skoro nawet wyprowadzić się pan boisz?- dogadywałam ironizując.

      Odwróciłam głowę i dopiero teraz zauważyłam, że córka i znajomy, z którym przyjechałam stoją tuż za mną. Słuchał naszej rozmowy uśmiechając się półgębkiem.

      -No, co panie Janie? Kupuje pan?- zapytałam szeptem.

-A ja wiem. A co, pani by kupiła?- zapytał tak samo cicho.

      -Chodźmy dalej, na plac. Porozmawiamy.- złapałam go za łokieć i odciągnęłam od handlarza.

      -Ja to bym może i kupiła, ale takiej forsy nie wzięłam. Ale pan ma, to może pan kupić- sondowałam.

      -No. Pieniądze wziąłem. Ale co, warto kupić?- zapytał bez entuzjazmu. -To siwe, to na rzeź potem ciężko będzie sprzedać.- ciągnął dalej.

      Handlarz, tymczasem, zaniepokoił się, że mu klienci odpłynęli i omiatał spłoszonym wzrokiem plac targowy.

      -Poczekamy.- zdecydował w końcu pan Jan.

            Poszliśmy dalej, oglądać następne konie, których zatrzęsienie wystawiano na sprzedaż. Tymczasem z boku zbliżył się jakiś znajomy pana Jana i uchylając czapki w moim kierunku, zagadnął go.

      -A co? Te siwo tam widział?-

Mój znajomy ożywił się. -Gdzie?- zapytał już z wyraźnym zainteresowaniem.

      -No tam, przy rampie. Nerwowa taka trochi. Nie widział? Bo wiesz ty, ja bym jo może i kupił. Tak se myśle. No, co ty na to?- Ta deklaracja wyraźnie zmobilizowała mojego towarzysza.

      -Aaa…, tamta. No widziałem. Ale ty pod ogon jej zaglądałeś? Jakiego ona tam kalafiora ma?-

      -Jak to, kalafiora?- Na twarzy przybysza malowało się ogromne zdziwienie.

      -No to siwa przecież i niemłoda, to jej się barwnik w takie brodawy odkłada. Żadna rzeźnia potem nie przyjmie.-

      -Aaa…, taka sprawa jest. To ja nie widział żem. O… to takiej to ja nie chce. I dobrze, że my pogadali. No to do widzenia. Ide dali, może co znajde.-

      -Do widzenia. Do widzenia.- odpowiedział mój znajomy, zadowolony z siebie.

      Podczas tej zabawnej wymiany zdań stałam z boku, usiłując nie parsknąć śmiechem.  W naszym towarzyszu odezwała się chłopska dusza handlarza. Zainteresowanie klaczą kogoś innego, poza nami, zelektryzowało go i sprawiło, że zaczął ją postrzegać zupełnie inaczej. Jej wartość wyraźnie wzrosła w jego oczach. Poczułam jak z boku chowa się za mnie moja córka chichocząc mi w rękaw.

      -Przestań, bo to widać.- ofuknęłam ją, bojąc się, że facet może poczuć się urażony. Ale był tak zaprzątnięty myślą o klaczy, że nic nie zauważył.

      -To jak pani myśli z tym koniem?- zagadnął nagle.

      Chwyciłam wiatr w żagle i zaczęłam grę. -Jakby pan nie kupił, to szkoda, bo ja bym wzięła, tylko pieniądze musiałabym pożyczyć.- szyłam, jak stara krawcowa.

      -No a coś pani ma tej gotówki?- zapytał.

      -Niewiele, bo się nie spodziewałam. Jakoś jedną siódmą ceny. Nie myślałam konia kupować, to nie brałam.- dalej nawijałam makaron na uszy.

      -No ja mogę pożyczyć. Ale co? Chce ją pani kupić?- patrzył na mnie niepewnie.

      -Jeśli pan nie weźmie, to pewnie, że tak.- widziałam, że bał się tego konia, choć jednocześnie czuł, że to mógł być dobry interes. Ruszyliśmy z powrotem do siwej klaczy. Ujrzawszy nas handlarz rozpromienił się, jak słoneczko na lipcowym niebie.

      -A co? Kupujecie?- zagadnął obskakując nas dookoła.

      -Panie, łatwo jej pan nie sprzedaż.- rozpoczął mój towarzysz. -Takich dzikich koni nikt nie chce. Tu masa lepszych od niej jest i posłusznych. Może i weźmiemy, ale nie za tą cenę. Jak pan opuścisz, to pogadamy.-

            Zostawiłam sprawę targowania chłopu. W końcu dla tych ludzi handlowanie konia, to nie babska sprawa. Jakoś im nie poręcznie targować z kobietą. Wcześniej już pieniądze, jakie miałam oddałam znajomemu, więc teraz obie z córką odeszłyśmy na bok, do jego żony i dzieci.

        Ci już dawno rozlokowali się na trawie, porastającej zbocze nasypu otaczającego plac. Kobieta wyjęła przygotowane kanapki i jaja na twardo. Dzieciaki wsuwały z wypchanymi policzkami i popijały herbatą z butelki. Usiadłyśmy obok nich, na wolnym kawałku koca. Zaczęłam jakąś rozmowę, zerkając, co chwilę, w kierunku handlujących mężczyzn. Targowanie nie trwało długo. Po chwili pan Jan dał mi znak i kiedy podeszłam sfinalizowaliśmy transakcję.

            Postanowiłam, że pojadę razem z handlarzem i jak rozwiezie inne konie, zajedzie do nas i dostarczy mi zakupioną klacz. Tak więc, ja już nie wracałam z córką osobówką, tylko jechałam z końmi, w kabinie koniowozu. I tak weszłam w posiadanie dziesięcioletniej, siwej klaczy, która od tej chwili dzieliła z nami życie przez niespełna 22 lata.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Jarmark koński c.d.

  1. Z końmi nie mam doświadczenia, ale w przypadku psów jest tak, że zazwyczaj agresje przejawiają osobniki, które się boją, bo zaznały przemocy – we właściwym kierunku kalkuluję?
    Fajna historia, wciąga i prosi o więcej.

  2. Mój ojciec miał takiego konia kasztana, dużego i trochę niepokornego, z bardzo małą grzywą, pamiętam jak kiedyś galopowałem na nim na oklep wyprowadzając go na pastwisko i tak się rozhasał, że mnie zrzucił. Wiedział jak to robić, pochylał łeb że grzywa całkiem znikała z zasięgu rąk i się efektownie spadało. Ale i tak go lubiłem.

  3. violamalecka pisze:

    Ech, konie…
    zwłaszcza te narowiste…. 😉

  4. Justyna pisze:

    Nie znam się na koniach , ale wydaje mi się ,że Siwa ma na tym zdjęciu piekna szlachetna sylwetkę 🙂

  5. Justyna pisze:

    Gosiu namawiam na wydanie bloga w postaci książkowej , myślę że czytelników będzie wielu, piszesz bardzo barwnie i ciekawie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s