Jak to polowanie

Image

         Kiedy wychodzili z domu, słońce stało jeszcze wysoko. Mężczyzna zamknął drzwi i przekręcił w zamku duży klucz z owalnym uchem. Włożył go pod doniczkę, stojącą na boku najwyższego stopnia schodków od ganku. Przed domem „czekał” już na nich czerwony motocykl. Kopnięty rozrusznik odskoczył energicznie i motor zawarczał raźno. Wsiadł pierwszy a żona usiadła z tyłu, moszcząc się chwilę.

            – Ruszamy? – rzucił pytająco ku tyłowi.

– Dobra. Jedziemy. – odpowiedziała i pojechali.

            Warkot motoru odbijał się głucho od mijanych drzew, spoza których przezierały migotliwie, popołudniowe promienie słońca. Do wieczora zostało sporo czasu. Jak to wczesnym latem, dzień był długi.

            Z lasu wyskoczyli na szosę a potem skręcili w bitą drogę polną. Posuwali się wzdłuż łanów oziminy i zielonej lucerny. Ta ostatnia wyglądała, jakby pole rzeźbiła jakaś niewidzialna ręka. Już od miesiąca koszono ją na zielonkę dla pegeerowskich krów mlecznych. Miejscami wysoka, jeszcze nie koszona, schować mogła i dzika, i sarnę. Gdzie indziej, świeżo po ścięciu, ledwie zieleniła się przy ziemi. A były też miejsca, gdzie odrosła już całkiem porządnie po ścięciu, korzystając z majowej wilgoci. Tę skoszono jako pierwszą i obwieściła złaknionym bydlętom rychłe nadejście czasu letniej obfitości. Wiosenna zielonka przynosiła pierwszą radość czerpania ze świeżości natury.

            Czerwiec był piękny i słoneczny. M. od dawna wybierał się na koziołka, ale w natłoku zajęć nie mógł jakoś znaleźć dość czasu, aby pojechać w łowisko bez pośpiechu, tylko dla siebie. Posiedzieć, popatrzeć i posłuchać głosu pól i lasów. Chciał przyjrzeć się na spokojnie sarnom. Rozejrzeć się za odpowiednim do odstrzału rogaczem i dojść go na strzał. Kiedy był tu w ubiegłym tygodniu widział sporo kozłów, a dwa zdecydowanie na odstrzał. A gdyby trafił na szydlarza , którego widział w maju, to nareszcie można by go usunąć z niemałej tu populacji sarniej. Był to jeszcze mocny w tuszy rogacz polny z cofającym się już porożem. Szczyt jego świetności minął już dawno, a teraz stanowił jedynie zagrożenie dla innych saren. Na głowie nosił bardzo niebezpieczne narzędzie. Parostki z wiekiem uwsteczniły się i pozostały mu tylko dwa długie, spiczasto zakończone szydła. Każdy samiec, który chciałby mu stanąć na drodze narażał się na śmiertelne niebezpieczeństwo. W takim starciu ten stary kozioł mógł stać się zabójcą, nawet gdyby trafił na silniejszego.

            M. podjechał na skraj rozległej łąki i zatrzymał motor. Oboje z żoną stanęli na ziemi. Postawił motocykl na widełkach, sprawdzając czy stoi pewnie. Pobocze polnej drogi było jednak mocno ubite i twarde. Uznał że motocykl nie powinien się przewrócić. Zdjął kask i zawiesił na kierownicy, razem z kaskiem żony. Zdjął broń z ramienia, załadował i zabezpieczył, po czym ruszyli w łąkę. Teren był pofałdowany i malowniczy. Raz opadał ku licznym tu remizom, to znów wznosił się w stronę podłużnych pagórków. Szli wolno, rozglądając się wokół. Sarny odpoczywały jeszcze w remizach, ale słońce powoli opadało w stronę zachodniego horyzontu. Upał zelżał już i wolno, ale zdecydowanie ustępował podwieczornemu ochłodzeniu.

            – Podejdziemy bliżej tej lucerki i tam gdzieś przysiądziemy. – zwrócił się do żony, omiatając teren przez lornetkę.

            Nagle znieruchomiał – Chyba coś jest – poinformował szeptem, kucając. Kobieta również opadła niżej, ku trawom.

            – Tam. Przy lucernie, niedaleko ścieżki. Widzisz? – wskazał ręką, podając lornetkę swej towarzyszce.

            – Rzeczywiście, coś tam się rusza. Jakby rogacz. Pasie się chyba. O! Podniósł głowę. A teraz opuścił – kobieta relacjonowała zduszonym z emocji głosem.

            – Pokaż – powiedział szeptem i wziął od niej lornetkę. Patrzył przez chwilę w milczeniu.

            – Tak – powiedział w końcu. – Chyba rogacz, ale nie mogę dokładnie zobaczyć, co ma na głowie. Takie niewysokie jakieś te parostki – rozważał szeptem, zawieszając głos.

            – Poczekamy, może się przesunie i będzie lepiej widać. Spróbujmy się trochę przybliżyć – zakończył i ruszył powoli, mocno zgarbiony, w kierunku obserwowanego obiektu.

           Kobieta podążała już za nim. Nagle przypadł do ziemi a tuż za nim żona powtórzyła ten manewr. Znieruchomieli. Po chwili  podniósł lornetkę do oczu. W lucernie niewątpliwie był jakiś ruch. Coś pokazało się nad zieloną masą roślin, rogi nie rogi. Już pół godziny obserwowali to dziwne stworzenie. Nagle z ust mężczyzny wyrwało się siarczyste przekleństwo.

            – O cholera! A to skur…! To facet. Ma na głowie czapkę z nausznikami zawiniętymi do góry i sterczą tak trochę na boki. Lucernę drań kradnie. Rwie do worka – relacjonował to, co właśnie zobaczył.

            – No tak. Teraz też widzę. Zobacz. Wstał i zarzucił worek na plecy. Wychodzi na ścieżkę – mówiła kobieta z podnieceniem.

            – I tam ma rower , na tej ścieżce. Ten worek jest drugi. Pierwszy miał przy rowerze. O! Teraz ładuje oba. No. Ruszył. Prowadzi rower do drogi. Ciekawe, z której wioski przyjechał?- skończył pytaniem i obrócił się do żony.

            – No to możemy się stąd zbierać. Teraz sarny prędko nie przyjdą , a robi się powoli szarówka – skończył i zaczął rozładowywać broń.

            – No, ale szczęście, że nie zdecydowałeś się na strzał – uśmiechnęła się kobieta odetchnąwszy głęboko.

            – No przecież najpierw musiałbym dokładnie zobaczyć tego zwierzaka i co ma na głowie. Pierwsze przykazanie: nie strzelać do nierozpoznanego celu, kochanie – kończąc spojrzał na żonę z uśmiechem i ruszyli z powrotem do motoru.

            Słońce schowało się już za horyzontem. Powietrze zrobiło się rześkie a nad jeziorka w remizach sfruwały z trzepotem ostatnie kaczki, pokwakując przed zapadnięciem na wodę.

            – No to koniec polowania na dzisiaj – odezwał się podchodząc do motocykla.

            Zepchnąwszy go z podnóżka, wcisnął kluczyk i włączył silnik zamaszystym kopnięciem rozrusznika. Dosiedli swego mechanicznego rumaka i odjechali.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Jak to polowanie

  1. Liberator pisze:

    Szkoda, że nie wszyscy przestrzegają tego „pierwszego przykazania”. Wiele żon tak upolowano, dosłownie i w przenośni.

  2. Pani Peonia pisze:

    To ty rysujesz? Bardzo wdzięczne te rysunki.

  3. napiecyku pisze:

    Pięknie rysujesz, sama również rysowałam ołówkiem, ale już lata do tego nie wracam..a szkoda to bardzo odstresowujące zajęcie. Opowiadanie zajmujące…prawdziwie z życia lasu. Pozdrawiam:)

  4. Ja jakoś nie przepadam za myśliwymi.
    Jedyne polowanie jakie lubię,
    to te z aparatem fotograficznym.
    Tyż miałam iść na akademię
    ale w końcu z dwóch pasji wybrałam muzykę.

  5. brulionman pisze:

    podoba mi się to opowiadanie, przez chwilę byłem tam z wami w charakterze niewidzialnego trzeciego koła u motoru 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s